Nowy numer 43/2020 Archiwum

Nowa rodzę się

Monika Kuszyńska, znana wokalistka, związana przed laty z zespołem Varius Manx, opowiadała w Płońsku o wierze i nadziei, które dają sens i są silniejsze od choroby.

Agnieszka Otłowska: Kto Pani pomógł po wypadku poukładać na nowo życie?

Monika Kuszyńska: Było przy mnie wiele osób, które pocieszały mnie i zapewniały, że wszystko będzie dobrze. Ale przede wszystkim wierzyłam, że to wszystko musi mieć jakiś sens. Nigdy nie chciałam wierzyć w przypadek. Miałam w głowie zawsze taką myśl, że Pan Bóg daje nam tyle cierpienia, ile możemy unieść. Często to sobie powtarzałam. Miałam zaufanie do Boga. Wiedziałam, że to cierpienie mnie do czegoś doprowadzi. Zawsze wokół siebie miałam bliskich, rodzinę, ale też pojawiały się takie osoby, których wcześniej nie znałam, a które dawały mi ogromną siłę i wsparcie. Były one dla mnie jak anioły, które dodają otuchy. Czasami było tak, że dla nich mi się bardziej chciało walczyć niż dla samej siebie.

Jak ocalić w sobie nadzieję, gdy się płacze i pyta Pana: dlaczego? i czeka się na cud?

Nie obwiniałam Pana Boga o to wszystko, co się wydarzyło. Bardziej szukałam sensu, choć często Mu się żaliłam. Miałam taką świadomość, że jeśli zatrzymam się w takim stanie ducha, to pozostanę z tym cierpieniem. Po wypadku miałam dużo czasu na rozmowy z Bogiem, ale nigdy nie miałam do Niego pretensji. To była bardziej prośba, aby się skończyło to, co najgorsze, abym dostrzegła jakieś drobne światełko nadziei. Długo się modliłam o to, by zostać uzdrowiona. Kiedyś w szpitalnej kaplicy, gdy byłam na Mszy, ksiądz powiedział, że gdy widzi wokół mnie rodzinę i tyle osób, które się za mnie modlą, to wierzy, że stanie się cud. Jednak nie chodzę o własnych nogach, lecz wierzę, że to wszystko ma jakiś sens w moim życiu, że to całe doświadczenie miało mnie doprowadzić tam, gdzie nigdy nie dotarłabym na nogach. Dzisiaj nie jest to już dla mnie żaden dramat. Prosiłam tylko Pana Boga, abym zrozumiała, po co się to dzieje. I przyznam, że sukcesywnie dostawałam odpowiedzi.

Mija 10 lat od tamtego wypadku samochodowego. Co zmieniło to wydarzenie w Pani karierze?

Mam dzisiaj w sobie wielkie poczucie sensu, że to moje śpiewanie nie jest jakieś jałowe, nie jest zwyczajną rozrywką. Kiedyś tego mi brakowało. Gdy idę do publiczności, chcę zostawić w jej sercach słowo pocieszenia. Często słyszę, że moje świadectwo podnosi ludzi, dodaje otuchy. To poczucie, że mogę coś dla nich zrobić, jest niesamowite. Moje życie jest dla nich świadectwem. Dlatego to daje mi wielką radość i satysfakcję, że robię coś więcej w tak prozaiczny sposób jak... śpiewanie.

A więc wszystko jest po coś, mimo wszystko trzeba szukać sensu?

To jest dość trudne, bo pamiętam mój stan zaraz po wypadku, gdy żadne słowa nie przekonywały mnie i nie dawały spokoju. Dzisiaj, z perspektywy czasu, wiem, że będzie lepiej; że mamy w sobie siłę, by przetrwać próbę. Kiedyś, za jakiś czas, odnajdziemy w tym pewien sens, sens w tym, z czym się zmagamy. Przecież tyle osób, które mają jakieś trudne epizody w swoim życiu, znajduje jednak sens i pocieszenie w swej chorobie. Każdemu mogłabym powiedzieć, aby nigdy się nie poddawał, a wręcz aby do końca walczył o swoje życie. Nieważne, w jakim miejscu i w jakim stanie się znajdujemy, zawsze można zrobić coś dobrego dla innych.•

Mamy być wrażliwsi

Moje ograniczenia były duże, ale w mojej głowie... – mówiła wokalistka Monika Kuszyńska w Płońsku, gdzie oficjalnie rozpoczęło działalność stowarzyszenie „Idziemy na spacer”. Stowarzyszenie na rzecz osób niepełnosprawnych powstało przy płońskiej parafii pw. św. Michała Archanioła. Jego działalność zainaugurował wspólny spacer członków stowarzyszenia oraz jego sympatyków przez centrum miasta: od urzędu miasta do kościoła św. Michała Archanioła. Tam uczestnicy marszu wzięli udział we Mszy św., której przewodniczył ks. kan. Edmund Makowski. W kazaniu mówił m.in. o początkach stowarzyszenia, którego inicjatorem była rodzina dziecka chorego na padaczkę. – Ta myśl i nazwa: „Idziemy na spacer” powstała z prostej obserwacji, bo zwyczajnie idąc ulicą, możemy dostrzec ludzi na wózkach i ciężko przeżywających swoją chorobę. Dostrzegamy tych, którzy czasem o tę pomoc nie proszą, ale my mamy być wrażliwsi – mówił ks. kan. Edmund Makowski.ao

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama