Nowy numer 43/2020 Archiwum

Nie proszę Cię o nic...

Wiara. Minęły prawie trzy lata, ale tamto wydarzenie wciąż budzi w nich emocje. – Może to za wielkie słowo, ale to było dla nas jak zmartwychwstanie – mówi pani Asia o powrocie do zdrowia brata po ciężkim wypadku.

To był zwykły wrześniowy dzień. Sobota. Bartosz Kowalski ze współpracownikiem sprawdzali cysternę przewożącą asfalt. Wtedy zatruł się oparami siarkowodoru. Z poparzeniami dróg oddechowych oraz innych narządów wewnętrznych trafił do szpitala na Winiarach w Płocku. Jego stan był ciężki.

Palec Boży... w cysternie

Potocznie mówi się o takich wydarzeniach „szczęście w nieszczęściu”. Rodzina pana Bartka i on sam widzą w tym wypadku, który mógł mieć najgorsze konsekwencje, palec Boży. – Tak naprawdę na początku byliśmy przy tej cysternie tylko we dwóch. Kolega robił jej oględziny przed wyjazdem i nagle zniknął mi z oczu. Podobno nawet mnie wołał, ale ja sam z całej tej sytuacji niewiele pamiętam, bo obudziłem się dopiero w szpitalu. Nie pamiętam nawet momentu, gdy wszedłem na tę cysternę, żeby mu pomóc – wspomina mężczyzna. Zadziałały opary substancji chemicznej. – To był palec Boży, że przejeżdżał tamtędy pracownik, którego tego dnia mogło nie być. Wracał akurat od córki i zobaczył, że coś się tu dzieje – opowiada pan Bartek. W tym czasie nadszedł też jego ojciec. – Tata wracał z grzybów. To też działanie Opatrzności, że tak szybko tego dnia wrócił do domu, bo on jest osobą towarzyską i po drodze często zatrzymuje się, rozmawia z sąsiadami – wtrąca pani Joanna. Jednak gdyby nie wspomniany wcześniej pracownik, pan Eugeniusz, akcja ratunkowa opóźniłaby się. A tu każda sekunda miała decydujące znacznie. – Pan Eugeniusz razem z ojcem wydobył mnie z tej cysterny. To niesamowita odwaga człowieka, który wszedł po mnie, bo wtedy byłem już nieprzytomny – ciągnie pan Bartek. Ze wszystkich osób, które były przy tej cysternie, to właśnie jemu najbardziej zaszkodził kontakt z chemicznymi substancjami. Z opowiadań bliskich wie, że był nieprzytomny, a krew leciała mu strużką z ust. Ojciec i współpracownik podjęli natychmiast reanimację, zanim jeszcze przyjechały służby ratunkowe. Wciąż nieprzytomny trafił do szpitala z objawami wziewnego zatrucia siarkowodorem. Znalazł się na oddziale ratunkowym, a potem na nefrologii. W szpitalu – seria badań i konsultacji neurologicznych i nefrologicznych. Stwierdzono m.in. ostrą niewydolność nerek, chemiczne uszkodzenie płuc, zmiany w płacie czołowym. Podjęto konieczną terapię, ale rokowania były złe.

Zgoda na wszystko

– W pierwszym momencie nie docierało to do mnie – mówi pani Joanna. – Mama, przekazując mi tę informację, powiedziała, że Bartka już zabrało pogotowie i chyba nie będzie tak źle. Gdy przyjechałyśmy do szpitala, gdzie już były żona i teściowa Bartka, okazało się, że jednak jest gorzej... Nawet po tylu miesiącach te wspomnienia budzą spore emocje. Bo kto by się spodziewał, że stanie się taka rzecz? – Do tamtej soboty naszej rodziny nigdy nie dotykały takie tragiczne sytuacje czy nagłe choroby. Owszem, dziadkowie chorowali, ale zmarli już w podeszłym wieku. Miałam takie poczucie, że inne rodziny mają kogoś chorego, coś dzieje wokół, ale jednak nas takie nieszczęście nie dotyka. Więc na początku był bunt. Tym bardziej, że wreszcie coś zaczęło się układać. Gdy urodziła się moja córka, zaczęliśmy z mężem budowę domu. Poza tym, gdy wyobrażałam sobie przyszłość, gdzieś ten Bartek zawsze był – mówi pani Joanna. W szpitalu nie usłyszeli dobrych wieści. Jeden z lekarzy powiedział wprost, jak małe jest prawdopodobieństwo wyjścia ze stanu takiego zatrucia. – Wtedy, w sobotę 14 września, czy już w niedzielę przyjechałam do sanktuarium. Powiedziałam: „Panie Boże, nie proszę Cię o nic. Ty zdecydujesz, czy on wyzdrowieje. Tak, jak zdecydujesz, to będzie jedyna właściwa droga. A ja to przyjmuję”. Nie, nie chciałam stawiać warunków. Chociaż wszystko we mnie wrzało w środku, przyszłam tylko powiedzieć, że zgadzam się z tym, co się wydarzy – wspomina pani Joanna.

A on siedzi i rozmawia

Trzy dni po wypadku, we wtorek, cała rodzina i znajomi zebrali się rano na Starym Rynku. Siostry z sanktuarium Bożego Miłosierdzia udostępniły im swoją prywatną kaplicę na Mszę św. o zdrowie dla Bartka. Przeznaczony na ten dzień fragment Ewangelii o wskrzeszeniu młodzieńca z Nain (Łk 7, 11-17) był dla rodziny jak znak, który daje nadzieję. Takich znaków, mówi dziś rodzeństwo z Płocka, było zresztą więcej. Dopiero teraz, po pewnym czasie, układają się one konsekwentnie w pewną całość. – Po tej Mszy pojechaliśmy do szpitala. Poprzedniego dnia zostawialiśmy tam osobę, która może w każdej chwili umrzeć. Gdy wróciliśmy, zobaczyliśmy Bartka, który siedzi i rozmawia – opowiada Joanna Niesiobędzka. – Wiem to z późniejszych relacji, że teściowa spotkała jednego z lekarzy i pełna najgorszych przeczuć zapytała, co się dzieje. On odpowiedział, że przecież pacjent siedzi i rozmawia... – Ja sam nie wiedziałem, co się stało. Miałem raczej wrażenie, że jestem po wypadku samochodowym. Bolała mnie klatka piersiowa, bo miałem połamany mostek po reanimacji – dodaje pan Bartek. Rekonwalescencja trwała kilka miesięcy. Po wyjściu ze szpitala na Winiarach, 4 października, po 9 dniach trafił tam ponownie, na oddział chorób płucnych, po zasłabnięciu. Konieczna okazała się resekcja tchawicy, w której zrobił się zator, na skutek pointubacyjnych powikłań. Jeszcze w listopadzie pan Bartek trafił do stołecznego Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc na Woli. Skutki wypadku odczuwa do dziś, chociaż na początku były bardziej uciążliwe. – Miałem duże kłopoty z pamięcią. Przypominanie sobie nawet prostych czynności, np. co jadłem na śniadanie, sprawiało mi wręcz fizyczny ból – przyznaje. Mimo tych perturbacji pani Joanna z pewnej perspektywy czasu patrzy na to tak: – Cudem jest to, że konsekwencje tego wypadku są takie, jakie widać, a właściwie, jakich nie widać... Może słowo „zmartwychwstanie” nie jest odpowiednie w takim kontekście, ale dla naszej rodziny to było takie zmartwychwstanie Bartka. Rodzeństwo wspomina, że wyniki kolejnych badań u specjalistów: neurologa i urologa zdziwiły nawet samych lekarzy. Tak były dobre. – Ta sytuacja pokazała mi, że na pewno trzeba wierzyć i bardzo ufać, nie stawiając Bogu warunków. Kiedyś zastanawiałam się, dlaczego papież mówił o cierpieniu z taką miłością. Wypadek brata pozwolił mi zobaczyć w tym wszystkim jakiś sens. Uświadomił mi też, że powinniśmy dziękować za każdy dzień – mówi pani Joanna. Wierzą w siłę modlitwy, która podczas wypadku i rekonwalescencji mężczyzny płynęła z różnych stron, a miała swój początek w płockim sanktuarium. – Wiedziałem wcześniej, że tu, na Starym Rynku w Płocku, jest obraz Jezusa Miłosiernego; byłem tu raz w życiu, pięć lat temu – przed ślubem czy po nim. Nie wiedziałem wtedy, nie zdawałem sobie sprawy, co to tak naprawdę jest... – przyznaje Bartosz Kowalski.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama