Nowy numer 44/2020 Archiwum

Inna obecność Tomka

Śmierć? To tylko przejście. - On nigdy nie mówił nam, że umiera, tylko odchodzi - wspomina mama Tomka Ziółkowskiego.

Tomek miał na górze pokój w rodzinnym domu. - W porze obiadu czasami wyglądam, czy on nagle nie zejdzie po tych schodach. Wtedy odczuwam pustkę. Wiemy jednak, że odszedł do Domu Ojca, i jest mu tam dobrze. Czuwa nad nami i przygotowuje tam miejsce - mówi przekonaniem Iwona Ziółkowska, mama.

Pozamykane sprawy

Był pierwszym synem; takim wyproszonym darem. - W kilka miesięcy po ślubie pojechałam z mężem do Lichenia i tam modliliśmy się o dziecko. Obeszłam w tej intencji sanktuarium. Wkrótce urodził się Tomek. Tym darem cieszyliśmy się 24 lata - mówi pani Iwona. Potem przyszedł na świat Piotr. Zawsze spędzali we czwórkę dużo czasu. Jeździli razem na wakacje; Tomek na przykład miał swoje ulubione miejsca - Jastarnię i Zakopane. Nawet niektórzy znajomi rodziny się dziwili: „jak to, jeszcze jedziecie razem z synami?” Wspólnie chodzili do kina i na mecze, bo chłopcy od lat kibicowali piłkarzom ręcznym. Tomek pasjonował się też historią, wiedzą o społeczeństwie i muzyką. Przez 10 lat śpiewał w Chórze Pueri Cantores Plocenses i chodził w Płocku do szkoły muzycznej, gdzie uczył się gry na trąbce i ćwiczył wokal. Chodził do Szkoły Podstawowej nr 5 w Płocku-Radziwiu, gdzie pracuje jego mama, nauczycielka; potem do Gimnazjum nr 3 i do Małachowianki. Po maturze rozpoczął studia ekonomiczne w Toruniu.

Tyle rozmaitych pasji i zainteresowań; jak je godził? - Wszystko było zorganizowane, zawsze wystarczyło mu czasu i na szkołę, i na sport, i na inne zainteresowania - przyznają mama Iwona i tata Jerzy.

Cztery lata temu Tomek, który podobnie jak i jego młodszy brat Piotr był studentem na toruńskim UMK, zaczął niepokojąco chudnąć. W Wielki Piątek, 6 kwietnia 2012 dotarła do nich pierwsza informacja o złym stanie zdrowia syna, a ostateczna diagnoza, która padła na podstawie dalszych specjalistycznych badań była straszna.

Nowotwór. Chłoniak Hodgkina. Rozpoczął się czas intensywnej, trudnej terapii. Zastosowano po kolei 11 rodzajów chemii; ostatnią deską ratunku miała być szansa na eksperymentalne leczenie. Tomek bardzo chciał żyć, ale powoli przygotowywał się do odejścia. Sam zamykał swoje sprawy. Bardzo dojrzale i metodycznie. O niektórych rzeczach rodzice przekonali się później.

- Po pogrzebie pojechaliśmy na siłownię, z której korzystał już w czasie choroby, żeby sobie podreptać, bo w ten sposób zaliczał wf na uczelni. Podałam nazwisko i powiedziałam, że chcemy anulować karnet, a pani poinformowała nas, że to już anulowane.

Tomek zrobił to sam dzień przed śmiercią, żeby nam nie sprawiać trudności. W sobotę dał mi numer swojego konta i piny do karty w telefonie, i karty bankomatowej. W niedzielę powiedział do brata - wiesz co, ubrania moje raczej nie będą na ciebie dobre, ale może T-shirty będą pasować.

Bratu ciotecznemu podał kilka tytułów jego książek, które mógł wziąć. Porozdzielał wszystko. Zostawił trochę pieniędzy, z których kupiliśmy prezenty pod choinkę. I tak, w Boże Narodzenie były jeszcze prezenty od Tomka… - wspomina pani Iwona.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama