GN 41/2019 Archiwum

Gdy pamiętasz, ratujesz życie

Historia. – Każdego dnia ocierałem się o śmierć, ale wtedy człowiek nie myślał o strachu, tylko przebojowo parł do przodu – wspomina były żołnierz Armii Krajowej.

Cudem Opatrzności nazywa zespół Pracowni Dokumentacji Dziejów Miasta Płońska nawiązanie kontaktu z 87-letnim dziś Kazimierzem Kuligowskim, pełniącym obowiązki łącznika w powstaniu warszawskim. Lista żyjących świadków tragicznej historii II wojny światowej topnieje z każdym dniem.

Z tym większym entuzjazmem zareagowali na telefon z Darłowa pracownicy płońskiej placówki informacyjno-dokumentacyjnej. Do pracowni zadzwonił urodzony w Płońsku pan Kazimierz, pseudonim „Wiesiek”. – Niestety, takie świadectwa jak to Kazimierza Kuligowskiego możemy znaleźć już niemal tylko w źródłach publikowanych – przyznaje Mirosława Krysiak, kierownik PDDMP. – Bardzo trudno zrobić wywiad na odległość. Wiele razy ta sztuka nam się nie udawała. Tym razem, dzięki pomocy rodziny pana Kazimierza, mailowa korespondencja krąży od kilku tygodni. Już mamy materiał na około 10 stron, a nie doszliśmy jeszcze do powstańczych losów naszego bohatera – dodaje pani Mirosława. Okazja do dokończenia opowieści nadarzyła się w październikowy poranek, kiedy to pan Kazimierz przyjechał do Płońska.

Nasze błogosławieństwo

Wracał on pamięcią do czasów dzieciństwa, do beztroskich zabaw na łące nad Płonką, do gołębi ojca. – Było sielsko i anielsko, kompletnie inna rzeczywistość aniżeli ta, która miała dopaść nas w stolicy, gdzie dostaliśmy się w sam środek piekła – wspomina ze łzami w oczach powstaniec, który ponad 20 razy w czasie okupacji przechodził przez zieloną granicę do rodzinnego miasta. Wówczas to pan Kazimierz uczestniczył wraz z kolegami w ustawianych bójkach. – Biliśmy się zawsze z młodymi Niemcami z Hitlerjugend. W jednej z takich bijatyk w roku 1941 zniszczyliśmy im mundury i odebraliśmy niemiecką flagę, którą zaraz spaliliśmy – opowiada Kuligowski. – Zrobił się wokół tego wielki szum, szukała nas żandarmeria, więc mamusia musiała wywieźć mnie z powrotem do Warszawy. Jeszcze jako dziecko pan Kazimierz wstąpił do harcerstwa. Nikt nie znał ulic Warszawy tak jak młodzi ludzie. – To przedwojenne harcerskie wychowanie, te wszystkie gry, które uczyły rozpoznania czy też poznawania domów, korytarzy, zaułków, piwnic i podwórzy, okazały się bezcenne. Człowiek się wtedy bawił, otrzymywał odznaczenia sprawnościowe, nie sądząc, że takie umiejętności wkrótce okażą się przydatne. To było nasze błogosławieństwo – stwierdza podczas rozmowy, imponując precyzją i pamięcią w określaniu szczegółów powstańczego zrywu.

W głowie tylko powstanie

Kiedy wybuchło powstanie, Kazimierz Kuligowski nie miał jeszcze ukończonych 16 lat. – Na rogu Cieplnej i Krochmalnej jeden z powstańców poprosił mnie, jeszcze jako cywila, abym podał mu amunicję. I tak się wszystko zaczęło... – wspomina pan Kazimierz. Poprosił porucznika Tyszczyńskiego, wówczas jego sąsiada z kamienicy, o przydział do jednostki na Starym Mieście. Tak też się stało, pan Kazimierz trafił od skrzydła legendarnego „Gozdawy”. Młodzieniec pełnił funkcję łącznika. – Przy ulicy Długiej, w kościele garnizonowym, gdzie nabożeństwo odprawiał kapelan, mieliśmy przyrzeczenia. Wszyscy nie zmieściliśmy się w świątyni, więc przysięgaliśmy na zewnątrz. Potem był przemarsz Długą i normalna służba – opowiada z detalami. Noszenie meldunków po pododdziałach rozpoczynało się zwykle wieczorem. Najczęściej trzeba było przedrzeć się z odezwami ze Starówki przez żydowskie getto na Stawki. – Nieraz trzeba było godzinę leżeć w gruzach i czekać, aż przejdą nalot czy ostrzał. W całej Warszawie było tak widno, wszędzie się paliło. Łuny ognia były tak niesamowite, że można było igłę znaleźć. 24 godziny na dobę musieliśmy się pilnować – wspomina łamiącym się głosem pan Kazimierz. Raz został raniony odłamkiem z moździerza, który pokaleczył mu twarz. Nieprzytomnego łącznika przetransportowano do szpitala przy Długiej. – Przemyli ranę, zabandażowali i puścili, żeby nie blokować łóżek. Zresztą nikt nie chciał leżeć. Wracaliśmy czym prędzej na pole bitwy – przyznaje K. Kuligowski.

W szponach śmierci

Po kilkunastu dniach powstania okazało się, że pan Kazimierz został jedynym chłopcem, któremu powierzono obowiązki łącznika. Sam wprowadzał młode dziewczyny w tajniki przechodzenia przez warszawskie ulice. Jedna z nich, o imieniu Krystyna, z którą wspólnie przenosił rozkaz, upadła w połowie drogi. – Drugi strzał ją dobił. Dowódca zorganizował grupę, która pod osłoną nocy zabrała ją z chodnika i pochowała na podwórzu – wspomina. Pan Kazimierz wspomina również jeden z najtragiczniejszych epizodów obrony Starego Miasta – eksplozję ciężkiego gąsienicowego transportera ładunków wybuchowych. – Szedłem z domu, kiedy usłyszałem potężny huk. Ulica Kilińskiego od Podwala aż po Długą była zasłana ludzkimi szczątkami. To było morze martwych warszawiaków – opisuje, by zaraz zmienić temat, bo jest to wspomnienie zbyt traumatyczne. Powstaniec rodem z Płońska mówi również o egzekucjach, które starał się zawsze udokumentować. Trafiał w te miejsca już wtedy, kiedy Niemcy zabrali ciała. – Brałem, jako świadectwo zbrodni, co tylko tam znalazłem, np. łuski. Maczałem też we krwi chusteczkę do nosa. Chowałem to wszystko pod okno od zewnętrznej strony naszego domu, zapisując tylko datę na pamiątkę.

Matczyny ratunek

Podczas odwiedzin rodzinnego domu, na kilka dni przed ogłoszeniem kapitulacji, K. Kuligowski został zatrzymany przez Niemców. Rodzina zdołała wrzucić pod schody broń i ubranie świadczące o jego powstańczej działalności. Powędrował więc z bliskimi do kościoła Najświętszej Maryi Panny, a następnie przewieziono go do Pruszkowa. – Po klęsce powstania warszawskiego moja mama, chcąc uchronić mnie przed wywózką do obozu, powiedziała Niemcom, że mam 14 lat, chociaż w rzeczywistości byłem o dwa lata starszy. Skłamała, bo Niemcy pozostawiali rodzicom dzieci do 15. roku życia, a starsze zabierali do obozów – wyjaśnia pan Kazimierz. Czy przychodziły chwile zwątpienia, załamania? – Nie było o tym mowy, a może nie zwracało się na to uwagi. Modliliśmy się, nasza wiara w Boga w obliczu ogromu tragedii nie zanikała, a wręcz przeciwnie, wzmacniała się – ocenia powstaniec, by po chwili dodać: – Trochę złości mnie, kiedy powstanie krytykują ci, którzy go nie przeżyli. Nie oglądaliśmy się za siebie, wiedzieliśmy jak jeden mąż, że trzeba iść na barykady. Chcieliśmy walczyć z wrogiem jak najszybciej, bo to zniewolenie rosło niczym wrzód. Kiedy wreszcie powstanie wybuchło, zapanowała wielka radość. Kazimierz Kuligowski mieszka w nadmorskim Darłowie. Wylatał jako pokładowy mechanik tysiące kilometrów. Przynależność do Armii Krajowej utrudniała zawodowy awans w komunistycznej Polsce. Od lat pełni funkcję przewodniczącego Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. Jest też prezesem Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej w Darłowie, przy którym prowadzi stołówkę dla potrzebujących. Czy nie chciał wrócić do Warszawy, czy za nią nie tęskni? – Nie, straszne wspomnienia są wciąż zbyt żywe... – odparł wymownie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL