Nowy numer 43/2020 Archiwum

Gdzie ściany krzyczą

Za fasadą jednej z najpiękniejszych kamienic w centrum miasta – dawną siedzibą MO, a później Policji – kryje się jedna z najtragiczniejszych i skrywanych historii powojennego Płocka.

Kto mieszka w Płocku, czy przez Płock przejeżdża, wielokrotnie mija dostojną kamienicę, dziś trochę podupadłą i czekającą na remont – przez starych płocczan potocznie zwaną „nową katedrą”. To miejsce od 1941 r. było katownią Gestapo, a później NKWD, PUBP i SB w Płocku. Następnie była to komenda MO, a wreszcie Policji. Dzięki ostatnim badaniom, prowadzonym przez Instytut Pamięci Narodowej, w porozumieniu z prezydentem Płocka, możemy poznać niektóre mroczne tajemnice tego miejsca. „Gość Płocki” jest jednym z pierwszych, który te mroczne miejsca może zobaczyć i sfotografować, dzięki uprzejmości Jacka Pawłowicza z IPN.

Tam zaczynało się piekło

– Za tę bramę, na dziedziniec – jak opowiadał mi jeden z więzionych tu przez bezpiekę – podjeżdżała ciężarówka z więźniami. Cofała dokładnie pod drzwi, następnie kolbami karabinów więźniowie byli zrzucani z samochodu i wganiani do piwnic. I tu zaczynało się piekło... – opowiada Jacek Pawłowicz. Wchodzimy do wąskiego, ciemnego, długiego korytarza. Zaraz przy schodach był strażnik, który spisywał wszystkich przywiezionych tu więźniów. Jeden z tych, którzy przeżyli, wspominał: „Przegonili mnie przez długi, wąski korytarz do ostatniej celi. Tam siedziało kilkunastu więźniów: w małym pomieszczeniu z zakratowanym okienkiem. Tu przychodził strażnik, brał jednego z nas i prowadził na górę na przesłuchanie, uczestniczył w biciu i torturowaniu przesłuchiwanego. Po wszystkim sprowadzał go, znosił albo kopniakami zrzucał po schodach, aby ten doczołgał się do celi”. Opowieści z tego miejsca są tragiczne – mówi Jacek Pawłowicz. W głębi korytarza jest największa cela, inne są mniejsze. Zachowały się oryginalne drzwi i otwory, przez które strażnicy kontrolowali więźniów, czy jeszcze żyją. Wszędzie, w każdej celi, na ścianach historycy z IPN odkryli napisy. – To znak, że tu siedzieli ludzie. Odczytujemy, jeśli to możliwe, te napisy i identyfikujemy ludzi. W celach było zimno, wilgotno i ciemno. Niektórzy opowiadali, że stali w błocie – wspomina Jacek Pawłowicz. Przy schodach, obok miejsca, gdzie znajdował się strażnik, znajdował się karcer – pojedyncza cela, gdzie więzień mógł tylko stać pochylony, boso, w bieliźnie: w strasznej wilgoci i zimnie. Tu nie zachowały się tynki, a na nich z pewnością były też jakieś napisy.

Zbrodnia niezatarta

Bezpieka i Milicja po 1956 r. starały się zatrzeć ślady miejsca kaźni: ściany przetarto cementem i zamazano, ale przebijają przez nie inskrypcje. – Po prostu te ściany krzyczą, żeby dać świadectwo prawdzie! Tu widać wyraźnie napis: „AK”, a obok znak krzyża. Zbiór wyrytych na tynku kresek to kalendarz: ktoś w ten sposób liczył dni swojego pobytu w tym miejscu. Tam przebija przez tynk ołówek kopiowy – a więc i tu był napis. Dalej jest cela kobieca, a w niej np. data „1941”, „XII 1945”, dalej nazwisko „Zanecka”, czy inny napis: „Eugeniusz Nowak Kanigowo”, i znowu kalendarz, data, krzyż i napis: „AK”. O czym to wszystko świadczy? Kto był więziony po ’45 roku? Wszystkie cele były przetarte i napisy były zacierane, ale te napisy wyszły na wierzch. Te ściany przeraźliwie krzyczą za ofiarami zbrodni hitlerowskich i komunistycznych – opowiada przejęty Pawłowicz. Zobaczyliśmy cele i piwnice tylko w części budynku, które nie zostały zniszczone. Ale druga część jest niedostępna i nieprzebadana. Kamienicę, którą dziś znamy jako jeden budynek, przebudowano pod koniec lat 60. Pierwotnie jednak składała się ona z dwóch części, a tam, gdzie jest główne wejście od ul. 1 Maja, była brama wjazdowa. I to jest jedno z ważniejszych odkryć ekipy IPN i wolontariuszy ze Stowarzyszenia Historycznego „11. Grupy Operacyjnej NSZ”, którzy od 20 marca prowadzą badania w tym miejscu. Jak wielka musiała być determinacja bezpieki, aby zatrzeć wszystkie ślady, skoro w latach 60. gruntownie przebudowano cały budynek: przemurowano fundamenty, przestawiano ściany, zawalono bądź zniszczono część piwnic... Teraz w tym miejscu pracują historycy z IPN, wśród nich Jacek Pawłowicz, Magdalena Pietrzak-Merta i Konrad Rokicki oraz wolontariusze. Oczyścili wszystkie cele z dostępnych piwnic. Znaleźli kawałki butów, jakieś druty, coś, co przypomina jakby kawałek szabli... Przez to miejsce kaźni przeszło kilka tysięcy osób. Świadczy o tym tablica pamięci umieszczona kilkanaście lat temu na budynku, przed którą wciąż ktoś kładzie kwiaty i zapala znicze. – Przed nami jest ogrom pracy. To ważne, aby miejsce to nie zostało zniszczone. Aby dla płocczan pozostała przestroga, by już nigdy barbarzyństwo hitlerowskie i komunistyczne się nie powtórzyło, i byśmy pamiętali o swoich bohaterach – mówi Jacek Pawłowicz. Więcej na: plock.gosc.pl.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama