Nowy numer 43/2020 Archiwum

Jezus skazał nas na sukces

Światowe Dni Młodzieży. To będzie czas spotkania nie tylko młodzieży z ojcem świętym. To ma być czas spotkania Polski ze światem.

Jeśli te pięć tysięcy młodych ludzi z różnych krajów, którzy mają pojawić się w naszej diecezji za rok, ugościmy w szkołach i internatach, to raczej nie zobaczą oni, jak i czym na co dzień żyje polska rodzina. Jeśli nawet zetkną się z elementami naszej tradycji i kultury, to nie przy rodzinnym stole. Można to zmienić w prosty sposób, bo warto – przekonują osoby, które całkiem dobrze znają klimat ŚDM.

Warunki są drugorzędne

– Myślę, że taki pobyt u rodzin niósł obustronne korzyści. My przekazywaliśmy im młodość, entuzjazm, pasję; oni dawali nam dach nad głową, oferowali gościnę, ale przede wszystkim samych siebie i swój czas. Takie doświadczenia człowieka kształtują, bo uczą go otwartości na innych. Jeśli ktoś powie, że nie jest znów taki otwarty, to odpowiem, że warto, by właśnie z tej okazji do otworzenia się skorzystał – mówi Mariusz Machowski, student prawa, który był na Światowych Dniach Młodzieży w Madrycie cztery lata temu. Młodzież diecezji płockiej spędzała wtedy Tydzień Misyjny, poprzedzający centralne spotkanie w ojcem świętym, w diecezji Vic. Mariusz z kolegą trafili do sympatycznego małżeństwa Dolores i Anhela w Manresie. – Dolores traktowała nas trochę jak nadopiekuńcza matka. W ciągu dnia, gdy byliśmy gdzieś na spotkaniu, na wycieczce, dzwoniła i pytała, co zrobić nam na kolację – śmieje się Mariusz. Docenia to, że mimo głębokiej laicyzacji Hiszpanii znalazły się rodziny, które wierzą i gotowe są otworzyć swój dom przed obcymi ludźmi z innego kraju. Do tej pory ma pamiątkę z tego wyjazdu – różaniec od gospodarzy z wypisaną nazwą diecezji; zresztą nie tylko on i jego przyjaciel zostali obdarowani. Dolores i Anhel zupełnie niespodziewanie przygotowali też podarunki dla ich mam. Ale to nie prezenty są najważniejsze. – Moim zdaniem, warunki pobytu są czymś drugorzędnym; pierwszorzędną sprawą jest to, z jakimi ludźmi się jest. Wynosi się ciepło, uśmiech. To się pamięta najbardziej. Nie trzeba bać się bariery językowej, bo i tak można dogadać się bez słów. Zresztą to kilka dni i nie ma takiego znaczenia, czy sobie wszystko opowiemy. O znaczeniu komunikacji niewerbalnej w takich przypadkach przekonana jest także siostra Mariusza, Agnieszka Machowska z diecezjalnego biura ŚDM. – Myślę, że takie rzeczy jak uśmiech, dobre spojrzenie, jakiś gest są równie ważne, a może i prawdziwsze. My też się obawiamy, że nasze mieszkania w Polsce są niedostatecznie komfortowe, ładne, ale to nieprawda. Zresztą z takich pobytów pamięta się głównie życzliwość gospodarzy, a nie warunki – dodaje Agnieszka, która także była m.in. w Madrycie. W diecezji Manresa nocowała z 10-osobową grupą znajomych w szkole. – Dzięki gospodarzom mojego brata nasza grupa mogła oddać im do prania swoje rzeczy, co miało duże znaczenie, bo czekał nas jeszcze dwutygodniowy pobyt w Hiszpanii. Pamiętam wielki płacz, kiedy się wszyscy rozstawaliśmy – mówi.

Naturalnie, że tak

Bardziej w kategoriach żartu niż przeszkody wspominają barierę językową także państwo Kryszczukowie z Rypina. Oboje, zanim założyli rodzinę, byli w 2000 r. na Światowych Dniach Młodzieży we Włoszech. – Gospodarze, u których nocowałem, mówili wyłącznie po włosku, my nie za bardzo. Pamiętam, jak tłumaczyliśmy im, że dzisiaj mamy wycieczkę do Asyżu. Oni do nas: „Assisi”. My na to: „nie, nie, do Asyżu...” – wspomina z uśmiechem Sławomir Kryszczuk. – To naprawdę nie przeszkadzało. Było przy tym dużo śmiechu i zabawy – dodaje jego żona, pani Aleksandra. Oboje nie mają wątpliwości, że warto teraz samemu być gospodarzem dla młodzieży, która przyjedzie tu w przyszłym roku. – To było dla nas tak naturalne, że wcześniej nawet nie rozmawialiśmy o tym ze sobą. Gdy podczas kolędy ksiądz zapytał mnie, czy zgodzimy się kogoś przyjąć, powiedziałam, że oczywiście. Kiedy tylko mąż wrócił do domu, powiedział mi: „Wiesz co, zapisałem nas na listę”. A ja mówię mu: „Wiesz, ja też nas zapisałam, z tym że w innej parafii” – śmieje się pani Aleksandra. Pan Sławek pracuje w rypińskim ratuszu i jest w miejskim komitecie organizacyjnym przed ŚDM, który się zawiązał po podpisaniu umowy między stroną kościelną i urzędem miasta o współpracy w przygotowaniach do tego wydarzenia. – To na pewno będzie takie otwarcie miasta na świat. Nie da się ukryć, że Rypin to raczej biedne miasto, nie za dużo ludzi stąd wyjeżdża za granicę. W czasie Światowych Dni Młodzieży ten świat na kilka dni wkroczy tutaj. Dlatego warto zaprosić tych ludzi właśnie po to, by zobaczyć, jak żyją inni. My dzielimy się radością tego, że ich przyjmujemy, a oni że są przyjmowani. Poza tym mamy tu parę fajnych miejsc do pokazania; to wielka szansa na promocję miasta – przekonuje Sławomir Kryszczuk. Dla obojga nie ma znaczenia, skąd będą ich goście, bo najważniejsze jest poznanie nowych ludzi i spotkanie z inną kulturą. – Nasze zgłoszenie do przyjęcia kogoś na Światowe Dni Młodzieży było naturalnie, właściwie nie wyobrażamy sobie sytuacji, że moglibyśmy się nie zgłosić. To także wyraz naszej wdzięczności za to, czego my doświadczyliśmy we Włoszech – mówi małżeństwo z Rypina. Gościnność rodzi gościnność – ten wątek znacząco przewija się w wypowiedziach osób, które bywały już na takich spotkaniach, czy to ŚDM, czy organizowanych w duchu Taizé. – Gdy byliśmy w Paryżu w 1994 r. na Europejskim Spotkaniu Młodych, to otworzyły mi się oczy, że można tak zwyczajnie przyjąć kogoś do domu. To mi zapadło w pamięć – opowiada pochodzący z Bangladeszu Khalilul Quaium, który mieszka z żoną Izabelą w Golubiu-Dobrzyniu. Oboje są znanymi w tej okolicy lekarzami; pan Quaium jest muzułmaninem, a pani Iza katoliczką. Od lat są w Golubiu-Dobrzyniu przykładem harmonijnej koegzystencji tych dwóch wyznań. Ks. Jarosław Kulesza, proboszcz parafii w Dobrzyniu, bywa tu nierzadkim gościem, a pan Quaium jako nietypowy parafianin służy nieraz dobrą radą w sprawach gospodarczych. Pani Iza i jej mąż bez większego wahania zadeklarowali, że przyjmą młodzież na ŚDM. Przecież z równą otwartością przyjęto ich w Paryżu. Gospodarze musieli rano wyjść do pracy i zostawili im do dyspozycji własne mieszkanie. – Mój ojciec mówił: „Dasz komuś, więcej dostaniesz”. Skoro teraz mogę przyjąć kogoś, to dlaczego tego nie zrobić? Nie potrzeba żadnej innej motywacji – mówi pan Quaium. Wyjaśnia też, że to dobra okazja do przełamywania barier. Jeśli ktoś tylko spotka go na ulicy i usłyszy, że jest muzułmaninem, może być uprzedzony, może nie chcieć go bliżej poznać. Co innego gdy mogą zasiąść przy wspólnym stole, porozmawiać; wtedy jest szansa na to, żeby kogoś poznać i zobaczyć, że jest takim samym człowiekiem. Poza tym to także okazja, by dać dobry przykład innym i zadbać o dobre imię parafii i miasta. – Tę młodzież, która do nas przyjedzie, oczywiście można by było położyć w szkołach, przysłać z rana wolontariuszy, którzy ich zaprowadzą na miejsce. Jednak nie byłoby tego spotkania z mieszkańcami, dlatego tak bardzo zależało im na tym, by być w rodzinach. Jeśli oni doświadczą naszej gościnności, to poniosą to dobro dalej – przekonuje ks. Jarosław Kulesza.

Ziarno pada na glebę

Organizatorzy przyszłorocznego Tygodnia Misyjnego w naszej diecezji szacują, że może być tu około 5 tys. gości; m.in. Włosi, Amerykanie, Ormianie, Irlandczycy. Młodzież z innych krajów znajdzie zakwaterowanie w 9 rejonach naszej diecezji, które tworzą większe miasta i ich okolice. Jako pierwsi zgłosili się oficjalnie do naszej diecezji młodzi Włosi z diecezji Brescia. Od lat dzięki ks. Jarosławowi łączą ich przyjacielskie relacje z mieszkańcami parafii św. Katarzyny w Dobrzyniu nad Drwęcą i tu przede wszystkim znajdą zakwaterowanie. 60 młodych ludzi z tej parafii, wolontariuszy ŚDM, uczy się już podstaw języka włoskiego na bezpłatnym kursie zorganizowanym przez proboszcza. Część gości z Italii zamieszka na te kilka dni w Rypinie, gdzie już zgłosiło się ponad 100 rodzin, które chcą przyjąć młodzież. Ks. prał. Marek Smogorzewski przyznaje, że ludzie chcą wiedzieć, na czym ma polegać ich gościnność i trochę boją się bariery językowej. Jak się udaje przekonać mieszkańców do tej idei? – Żeby ziarno wyrosło, musi być podłoże, dobra gleba. I ta gleba jest uprawiana przez normalne, codziennie duszpasterstwo. To nie jest tak, że dzisiaj wejdzie się na ambonę i powie, że jest taka akcja i prosimy, i od razu jest odzew. To nie wystarczy absolutnie, jeśli przedtem nie było jakiegoś klimatu życia parafialnego. Udaje się to tylko wtedy, jeśli jest ta wspólna praca, zaufanie, przeżywanie nie tylko tego typu spotkań. Gdy wielu ludzi jest zaangażowanych w ruchy, stowarzyszenia, gdy jest praca z młodzieżą i dziećmi, gdy jest też obecna „wyobraźnia Miłosierdzia”, o której mówił Jan Paweł II, a jak mówi teraz papież Franciszek, „parafia musi żyć takim miłosierdziem” – przekonuje proboszcz parafii św. Stanisława Kostki w Rypinie. Zwraca uwagę także na konieczność budowania relacji opartych na wzajemnym zaufaniu między duszpasterzami i ludźmi świeckimi oraz na znaczenie radosnego świadectwa. – Potrzeba świadków, świadków radosnych. Jeśli zaszczepimy to w wiernych świeckich, w grupach i stowarzyszeniach, i sami tak świadczymy, to rozlewa się to dalej. Tworzy się taki klimat, że ludzie się otwierają i cokolwiek się robi, wszystko wychodzi. Jezus skazał nas na sukces, nie na przegraną!

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama