Nowy numer 44/2020 Archiwum

Uśmiechnij się do śmierci

O umieraniu i lekcji życia z s. Anetą Krawczyk, pasjonistką i pielęgniarką ze szpitala na płockich Winiarach, rozmawia ks. Włodzimierz Piętka.

Ks. Włodzimierz Piętka: W ostatnich dniach wiele mówiło się o hospicjach i opiece paliatywnej: była ciekawa konferencja w Ciechanowie, w Płocku sadzono żonkile. Dla kogo są organizowane takie akcje? O czym powinniśmy pamiętać?

s. Aneta Krawczyk: Problem hospicjów i opieki paliatywnej nie dotyczy tylko służby zdrowia. To szerszy problem społeczny, który wciąż się pogłębia, bo nasze społeczeństwo się starzeje. Ludziom starszym i schorowanym potrzeba z jednej strony fachowej opieki medycznej i opiekuńczej, a z drugiej bliskości drugiej osoby i obecności rodziny. Są takie sytuacje, gdy potrzeba profesjonalnej pomocy medycznej, ale w ostatnim etapie życia to nie zastąpi obecności najbliższych. Niestety, powtarzają się przypadki, a mam wrażenie, że w ostatnich latach nasilają się, gdy rodzina coraz częściej oddaje starszą, schorowaną osobę do szpitala. Krewni tłumaczą, że pracują, że nie mają czasu lub nie potrafią się nią opiekować. Ten problem dotyczy też szerzej kultury, w której żyjemy. Nie ma w niej miejsca na myślenie o śmierci. Jest ona wypierana, np. przez reklamy, które oferują leki „na wszystko” i przedłużają życie. Z naszej kultury wypierany jest obraz realnej starości i umierania. Gdy więc starsza osoba trafia na nasze szpitalne oddziały, mamy do czynienia z jej dramatem, bo ona chciałaby spokojnie umrzeć w swoim domu, ale za nią jednak zdecydowali inni. Tu nie chodzi o jasne wyrażenie woli, że ktoś mówi, gdzie chciałby umrzeć, bo często takie osoby może nie mogą już mówić. Tu chodzi o zwykły odruch i wyobraźnię serca. A niestety zdarza się, że ktoś oddaje starszą osobę, aby ta nie umarła w domu.

To bardzo trudna, ale jak zauważa Siostra, po prostu ludzka obecność przy chorym, a zwłaszcza umierającym…

Tak, to doświadczenie, które bardzo wychowuje do człowieczeństwa. Umieranie wśród obcych ludzi, w anonimowej szpitalnej sali, jest wielkim dramatem. Bardzo bolą te śmierci w samotności, jakby anonimowych pacjentów. W takich chwilach chodzi o proste i serdeczne gesty: o obecność, przytrzymanie dłoni, serdeczne słowo, o modlitwę. Nam się wydaje, że umierający często czekają ze swym odejściem na najbliższych, na ich głos i spojrzenie, a żaden szpital, dom opieki czy zakład opiekuńczy tej bliskości nie zapewnią. To wielkie zadanie i odpowiedzialność rodziny, najbliższych.

Czego uczy moment śmierci, jaki testament dla żywych zostawiają ci, którzy odchodzą?

Oni wołają o osobę, aby była obecna. Wtedy mają też poczucie bezpieczeństwa. Nam się wydaje, że ta osoba nie czuje, nie słyszy. To nieprawda, ona nas słyszy i czuje, tylko nie jest w stanie tego wyrazić. W stanach agonalnych ważna jest przede wszystkim modlitwa. Każdy człowiek odchodzi inaczej: ktoś umiera nagle, ktoś inny po przewlekłej chorobie. To umieranie jest tajemnicą duszy, która wierzy. Jest sprawą Bożą, bo już niejako od nas nie zależy: jedni odchodzą po cichu, inni w długim cierpieniu i jęku. W tych chwilach ludzie najbardziej proszą o modlitwę, o Boga. Gdy jestem przy takich osobach, modlę się słowami:„Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo”, Koronką do Bożego Miłosierdzia. To wspaniały balsam, który koi duszę i otwiera jej bramy do nieba. Nie pamiętam ileż to razy, gdy modliłam się Koronką, gdy odmawiałam końcowe „Święty Boże”, umierająca osoba uspokoiwszy się, oddawała ostatnie tchnienie.

Siostra jest pielęgniarką w szpitalu. Czy przyzwyczaiła się do odchodzenia swych pacjentów?

Nie można się przyzwyczaić, nie można wyrobić w sobie jakichś nawyków, aby asystować w takiej chwili. To przeżycie odchodzenia drugiej osoby. Ja to rozumiem jako umieranie i współumieranie, aby tak towarzyszyć i być blisko, by umierającej osobie było łatwiej przejść na drugą stronę. Pomaga mi w tym moja duchowość zakonna – pasjonistki, aby razem z Chrystusem umierać każdego dnia. Chodzi również o to, aby się „uśmiechnąć do własnej śmierci”. Dla nas, chrześcijan, dzień śmierci będzie przecież spotkaniem z Panem Jezusem i dniem największej radości. Nie boję się tej chwili. Modlę się tylko, abym gdy przyjdzie ból i cierpienie, umiała wtedy cierpieć.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama