Nowy numer 32/2020 Archiwum

Z Dobrą Nowiną na stepie

W Mongolii można zostawić serce – mówi brat Krzysztof, jeden z dwóch polskich misjonarzy pracujących w tym dalekim kraju.

Rozmawiamy w plebanii płockiej Stanisławówki, w centrum mazowieckiego miasta, bardzo daleko od tajemniczego kraju olbrzymich, niezamieszkałych przestrzeni, stepów i jurt. Brat Krzysztof Gniazdowski myślami wciąż jest jednak tam, w Mongolii, wśród dzieci i młodzieży, które wyrwane z ubóstwa, a często i z bezdomności, kształcą się, rozwijają i poznają wiarę chrześcijańską w ośrodkach prowadzonych przez salezjanów.

– Nawet jeśli wracam do Polski, to serce zostaje tam. Kiedy widzimy uśmiech tych dzieci, to, jak się uczą, jak znajdują sens, cel życia, to jest zapłata za wszystko – mówi br. Krzysztof. Od 2000 r. zgromadzenie księży salezjanów prowadzi misje w Mongolii; na początku pracowali tylko w stolicy, w Ułan Bator, ale od 2005 r. prowadzą różne dzieła także w Darkhan. W ciągu zaledwie 14 lat powstały w tych miastach: ośrodek dla dzieci z ulicy Savio House, szkoła techniczna, oratorium, centrum młodzieżowe, kościół i parafia. Pracują w nich zwykle duszpasterze z Wietnamu, Filipin, Hongkongu i Korei. Brat Krzysztof Gniazdowski i ks. Wiktor Dziurdzia, płocczanin, to obecnie jedyni polscy misjonarze w Mongolii. – Największą trudność sprawiało na początku zderzenie z ich kulturą i tradycją. Trudno na przykład uczyć mieszkańców Mongolii myślenia o przyszłości i poczucia przynależności, bo to naród nomadów. Dopiero od niedawna coś zaczyna się zmieniać. Mongołowie mają już swoje uniwersytety rolnicze, uczą się uprawy ziemi. Nasza praca w ośrodkach misyjnych to właściwie taka praca u podstaw – wyjaśnia br. Krzysztof, do tej pory kierujący centrum młodzieżowym w Darkhan. Dzięki dziełom salezjańskim mongolskie dzieci i młodzież uczą się (i to bardzo chętnie) języka angielskiego, obsługi komputera. Mają zajęcia artystyczne, biblioteczne, sportowe. Internetowa strona ośrodka w Darkhan pełna jest zdjęć z lekcji, przedstawień, rozgrywek sportowych, uroczystości szkolnych. Zaskakująco kolorowe, nowoczesne budynki, klasy, boisko; widać troskę i przedsiębiorczość salezjańskich gospodarzy, by stworzyć podopiecznym godziwe warunki rozwoju. – Kiedy ktoś przychodzi do nas i prosi: „pomóżcie mi”, nie dajemy pieniędzy, ale radę, naukę, jak zmienić tę rzeczywistość. Dajemy „wędkę”, narzędzie konieczne do zmiany – mówi br. Krzysztof. Ale są i bolączki. Pracownia komputerowa w centrum młodzieżowym w Darkhan ma archaiczny, 15-letni sprzęt. W dodatku jest go za mało (jeden komputer na kilka osób). Można jednak pomóc misjonarzom w zbieraniu środków na lepsze wyposażenie; o szczegółach tego projektu można przeczytać na stronie www.misje.salezjanie.pl, w dziale projekty misyjne, pod numerem 363. Płocczanie wspierają unowocześnienie tej pracowni poprzez akcję „Makulatura na misje” w Stanisławówce. Brat Krzysztof przyjechał do Polski dla podreperowania zdrowia, ale z nadzieją na powrót do kraju misyjnego, gdzie religią dominującą jest buddyzm, a nauka chrześcijańska musi zderzyć się z tradycją i kulturą oraz społecznymi dramatami tego narodu. Co wyniknęło z tego zderzenia? W Darkhan powstała już 10-osobowa grupa powołaniowa; są też pierwsze powołania z Mongolii do stanu kapłańskiego w seminarium w Korei. Chyba najpiękniejszym odcinkiem ich pracy jest jednak pomoc bezdomnym, osieroconym dzieciom, często wykorzystywanym przez dorosłych. Brat Krzysztof mówi o nich tak: – One nie mają miłości rodzinnej. Gdy do nas trafiają i czują się kochane, są jak chusteczka, którą można uformować w piękny sposób.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama