• facebook
  • rss
  • Serce dla Polaka

    ks. Włodzimierz Piętka

    |

    Gość Płocki 30/2017

    dodane 27.07.2017 00:00

    Mija pierwszych siedem miesięcy pobytu rodaków ze Wschodu, którzy postanowili spełnić wielkie pragnienie ich przodków.

    Pierwszym przystankiem repatriantów był Pułtusk, gdzie stowarzyszenie „Wspólnota Polska” i Dom Polonii pomogły im przygotować niezbędne formalności, a nasi rodacy uczyli się języka i załatwiania niezbędnych spraw urzędowych. Z końcem lipca kończy się ich pobyt na pułtuskim zamku. Teraz, z niezbędnym wsparciem finansowym na zakup mieszkania i jego wyposażenie, ruszają w Polskę... za domem i pracą. I tu właśnie zaczyna się egzamin z polskości dla nich... i dla nas.

    – Zżyliśmy się i przyzwyczailiśmy się do siebie. Czuliśmy się w Pułtusku bardzo dobrze. Byliśmy tu wielką rodziną, bo z Kazachstanu materialnie przywieźliśmy bardzo mało, ale mamy w sobie poczucie polskości i silne więzi rodzinne. Gdy ktoś na przykład choruje, zaraz zjawiają się przy nim rodzina i znajomi, bo nikt nie może być obojętny, gdy drugiemu dzieje się krzywda. Tego bycia razem, blisko siebie, uczyli nas nasi rodzice i dziadkowie. Dla nas Polska wyrażała się w więzi i międzyludzkiej solidarności. To przywieźliśmy ze sobą do Polski – mówi Antonina Grabowska, Polka z Kazachstanu, która na stałe chciałaby zamieszkać w Pułtusku. W pierwszej grupie repatriantów w grudniu ubiegłego roku przyjechało około 50 rodzin, łącznie 155 osób, do których dołączyły jeszcze dwie osoby, urodzone już w Pułtusku. Antonina Grabowska mówi świetnie po polsku, z wykształcenia jest nauczycielem ojczystego języka, studiowała na KUL-u. Wróciła do Polski jak do domu. – Dla mnie to powrót do korzeni i nowy początek. Potomkowie zesłańców zgodnie mówią, że powrót do Polski był marzeniem całych pokoleń. Dużo ludzi przyjeżdża w nadziei na lepsze życie i pracę. A ja po prostu wracam do domu ojczystego. Moje korzenie są polskie i wszyscy w mojej rodzinie są Polakami, tylko że wywiezionymi do Kazachstanu w 1936 r. z powodów politycznych – dodaje Antonina. Dotykamy tu dramatu Polaków, którzy z rozkazu Stalina zostali deportowani do dalekiego Kazachstanu. Tam już pierwszej srogiej zimy wielu z nich nie przetrwało. Ci, którzy przeżyli, przez długie lata byli społecznie dyskryminowani tylko dlatego, że byli Polakami. – Nie wolno nam było w domu mówić po polsku, a tym bardziej modlić się w tym języku. Moja babcia miała książeczkę do nabożeństwa, ale ja nigdy nie wiedziałam, gdzie ona ją chowa... tak pilnie jej strzegła, jak największego skarbu. Żyliśmy w ciągłym zakłamaniu, nawet imiona i nazwiska zmieniano na rosyjskie. Mój ojciec miał na imię Waldemar, ale w dokumentach rosyjskich nazwano go Włodzimierzem; moja ciocia Ewelina była Walentyną. Żyliśmy w kłamstwie i niesprawiedliwości, bo z tego względu, że byliśmy Polakami, nie mogliśmy dostać się do lepszej szkoły, pracy czy otrzymywać wyższej renty. Tak wiele moi przodkowie zapłacili za to, że byli Polakami – opowiada Antonina Grabowska. W Pułtusku powstał więc ośrodek adaptacyjny, w którym na podstawie ustawy o repatriacji zostali przyjęci Polacy z Kazachstanu. W to dzieło zaangażowała się „Wspólnota Polska” i pułtuski Dom Polonii, a z ramienia rządu minister Henryk Kowalczyk. – Najpierw musieliśmy przygotować niezbędne dokumenty, a to wymagało karkołomnej pracy: tłumaczenia dokumentów z języka rosyjskiego, konsultacji w archiwach w Kazachstanie, spolszczenia imion i nazwisk, przy zwróceniu uwagi na to, aby powrócić do pierwotnych rodowych nazwisk, właściwie je uzasadniając – opowiada Sylwia Ostaszewska z pułtuskiego Domu Polonii. Zorganizowano kurs języka polskiego, bo większość repatriantów posługiwała się językiem rosyjskim (dodajmy, że część rodzin jest narodowościowo mieszana, gdy współmałżonek jest pochodzenia rosyjskiego albo niemieckiego), odbyły się kursy zawodowe oraz szkolenia z zakresu prawa pracy, podatków, ubezpieczeń, itp. – Przez tych siedem pierwszych miesięcy chodziło o towarzyszenie emocjonalne, duchowe, ale i to praktyczne, tak bardzo nam potrzebne – dodaje Antonina Grabowska. – To nasza wspólna sprawa i wielki moralny obowiązek, aby naprawić krzywdy wyrządzone przez innych względem naszych rodaków – mówi Michał Kisiel, dyrektor Domu Polonii i koordynator projektu w Pułtusku. – To również „wstydliwa” powinność, bo spełniamy ją po 28 latach wolnej Polski. Wielu, niestety, nie doczekało tej chwili, wielu czuło się zawiedzionych i zapomnianych przez kraj przodków. Sprowadziliśmy do tej chwili zaledwie 5 tys. osób, a wciąż czeka około 40 tys.; chętnych do wyjazdu już teraz jest 10 tys. osób. To wstydliwe, bo Rosja i Niemcy już zatroszczyły się o swoich rodaków w Kazachstanie, a my do tej pory byliśmy bardzo opieszali. Na szczęście jest ustawa o repatriacji, ale to nie wystarczy. Teraz potrzeba moralnego wsparcia społeczeństwa i otwartości naszych samorządów, przedsiębiorców. Tu potrzeba moralnego zadośćuczynienia, a na taki gest chyba każde środowisko lokalne powinno się zdobyć – dodaje dyrektor Domu Polonii. Dodajmy, że Polakom, repatriantom ze Wschodu, towarzyszyli również kapłani oddelegowani przez biskupa płockiego. Spotkania z dawnymi misjonarzami: ks. Mirosławem Danielskim i ks. Jarosławem Bukowskim zaowocowały w ostatnim czasie 11 chrztami, 7 Pierwszymi Komuniami św. i 3 sakramentalnymi związkami małżeńskimi.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół