• facebook
  • rss
  • Po prostu patrz

    Agnieszka Małecka

    |

    Gość Płocki 14/2015

    dodane 01.04.2015 00:00

    Najpierw etap pozłotnictwa, potem kilkadziesiąt godzin pracy z pędzlem i drobiazgowe wykańczanie szczegółów. Gdzie w tym wszystkim jest medytacja?

    Jak już nie daję rady, myślę w duchu: „Panie, Ty kieruj moimi pokrzywionymi palcami, żebym mogła to skończyć…” – żartuje jedna z uczestniczek warsztatów prowadzonych przez ikonopistkę Katarzynę Kobuszewską w Płocku. Pięć pań, głównie płocczanki, ma już za sobą długie godziny pracy nad ikonami. Za nimi też sporo wylanych łez, bo im więcej malunku pojawia się na desce, tym większy stres, by niczego nie popsuć. W dodatku każdy z wybranych tematów jest jak katecheza, która trafia prosto w serce.

    W szkole pokory

    – Wielki Post i Wielkanoc w sztuce ikonograficznej to ogromna rzeka tematów – zwraca uwagę pani Katarzyna, prowadząca warsztaty tematyczne w pracowni w centrum Płocka. Każda z powstających prac przedstawia inną scenę: od spotkania Jezusa z Samarytanką, wskrzeszenia Łazarza, poprzez ukrzyżowanie, złożenie do grobu („Nie opłakuj Mnie, Matko”), po scenę ze Zmartwychwstałym i Marią Magdaleną („Noli me tangere”). Adeptki sztuki ikonograficznej uczą się, jak przedstawić zarówno całą postać w szatach, jak i elementy architektury i krajobrazu. – Organizując te warsztaty, myślałam po pierwsze o możliwościach, jakie dają one pod względem tematu, a po drugie o pogłębianiu umiejętności technicznych uczestników. Podstawą tej nauki są obserwacja i doświadczenie. Najpierw muszą zobaczyć oczy, potem trzeba to przełożyć na rękę. Jeśli nie wiesz, nie widzisz, jak coś przedstawić, musisz obejrzeć tysiące innych ikon, żeby to zrobić – przekonuje płocka ikonopistka. Może dlatego uczestniczki warsztatów często mówią o pokorze i cierpliwości potrzebnych, by zasiąść do lipowej deski. – Jeszcze się nie zdarzyło, żebym powiedziała sobie: „O, to pięknie wyszło!”. Zwykle chcielibyśmy, żeby było lepiej, piękniej. Ale czasem widzę, że może nie jest aż tak źle. I myślę, że ważne jest widzieć te niedoskonałości własnej ikony, bo wtedy dostrzegamy też swoją słabość i niedoskonałość jako człowieka. Z drugiej strony warto też patrzeć na swoje poprzednie prace, bo wtedy widać, jak człowiek stara się być lepszy. Dlatego ikona wymaga ogromnej pokory i wewnętrznej zgody. Jest jak lustro, w którym się przeglądamy i widzimy prawdę o sobie – mówi Bożena Suchecka, która pisze ikonę zmartwychwstania „Noli me tangere”. Pracę nad takim obrazem można też przyrównać do papierka lakmusowego naszego wnętrza. – Człowiek nie siądzie i nie napisze ikony, kiedy będzie wewnętrznie skłócony. Musisz mieć pokój w sercu, w czym bardzo pomaga sakrament pojednania. Staram się, by każda kolejna ikona była doskonalsza technicznie, ale dla mnie najważniejsze w tym wszystkim jest wyciszenie, modlitwa i rozmyślanie – przyznaje Anna Gapa, która na warsztaty dojeżdża z Baboszewa i tworzy ikonę Ukrzyżowanie.

    Co w duszy gra

    Ewangeliczne sceny przedstawiane na ikonach wyjątkowo rezonują w przeżyciach i emocjach autorek prac, które widzą w nich lekcję o przemijaniu i cierpliwości (ikona Zmartwychwstania), o Matce (Ukrzyżowanie), o chrześcijańskiej nadziei. Tak o swojej pracy nad Wskrzeszeniem Łazarza mówi Barbara Misiun, aktorka, zawodowo związana z Teatrem Dramatycznym w Płocku. – Z tej ikony płynie wiara, że z każdego zła Bóg może wyprowadzić dobro, bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Ona mi przypomina, że człowiek może przeżyć wskrzeszenie z martwych za życia i cieszyć się, po części już tu, na ziemi, chwałą Bożą. Piszę ją z perspektywy osoby, która doświadcza już radości zmartwychwstałego Pana, i wkładam w nią moją wdzięczność za wszystko, także za trudne sytuacje. Inna z pań, która mierzy się z pięknym tematem Spotkanie Jezusa z Samarytanką, przyznaje, że przypomina jej on przeżyte wcześniej rekolekcje ignacjańskie. – Wtedy jednak ta scena ewangeliczna mówiła do mnie coś innego. To było przesłanie, w którym Jezus zapewniał mnie o swojej miłości. Teraz, pisząc tę ikonę, widzę, że to On pragnie naszej miłości. W tym przedstawieniu studnia, przy której Jezus spotyka Samarytankę, ma symboliczny kształt krzyża. To pokazuje, że tak naprawdę te wszystkie pragnienia są zawarte w krzyżu i stamtąd powinniśmy czerpać – wyjaśnia Barbara Klatka. Jaki jeszcze motyw gra im w duszach jak struna? Niektórym obraz Maryi, ukazanej w ikonach jako współcierpiąca, tak jak na przedstawieniu „Nie opłakuj Mnie, Matko”. – Maryja obejmuje swojego Syna cierpiącego za nasze grzechy. Tak jakby oboje byli na krzyżu. Ona cały czas Go wspiera, razem z Nim boleje. Ale jest też pełna ufności, że to wszystko nie skończy się źle. On jeszcze nie zmartwychwstał, ale już jest spokojny. Z całej tej ikony emanują spokój i nadzieja na przyszłe życie – przekonuje Ewa Bębenkowska. – W ikonie jako takiej urzeka jej nadprzyrodzoność, symbolika wnikająca w sens, w sedno sprawy – zwraca uwagę Barbara Misiun. Jej zdaniem tematem, którego powinien dotknąć każdy doświadczony ikonopisarz, jest przemienienie Pańskie. Ta ikona też powstawała na warsztatach. Wybrała ją prowadząca kurs pani Katarzyna. – Budzi ona we mnie skojarzenia z wchodzeniem na górę – jak uczniowie Jezusa, których zabrał na górę Tabor. Każdy z nas musi się tak wspiąć; odczuć zmęczenie, niepewność i strach, aby móc zobaczyć Światło – mówi ikonopistka. Temat okazał się właśnie takim trudnym wspinaniem się – wyzłocona deska uległa uszkodzeniu. Na powarsztatowej wystawie, która pojawi się w kilku płockich kościołach, zastąpi ją ikona Trójcy Świętej, którą Katarzyna Kobuszewska napisała wcześniej na podstawie słynnego dzieła Andrzeja Rublowa.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół