Nowy numer 16/2018 Archiwum

Tak biło serce dla biednych

Świadkowie. Przez 40 lat Płock miał swoją Matkę Teresę – s. Helenę Pszczółkowską. Jej ziemska wędrówka zakończyła się osiem lat temu, w dzień imienin.


Starsze i średnie pokolenie mieszkańców miasta pamięta niską, kruchą postać zakonnicy w niebieskim habicie, która codziennie wykonywała swój osobliwy obchód po domach ludzi czekających na jej pomoc. 
– Siostra Helena miała niezwykły dar zrozumienia człowieka potrzebującego. Potrafiła w nim naprawdę dostrzec Chrystusa – mówi s. Jadwiga Kisielewska z archiwum Domu Prowincjalnego Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo w Warszawie.

W tym archiwum, jak i w domu sióstr w Płocku zachowało się niewiele śladów o s. Pszczółkowskiej. Dlaczego? – Gdy szarytka ciężko pracuje, nikt się temu nie dziwi, nikt tego nie rejestruje, bo po prostu robi to, do czego została powołana – wyjaśnia s. Kisielewska. Najwyższy czas, by ratować wspomnienia o tej niezwykłej kobiecie, której serce biło dla biednych tego miasta. „Była jednoosobową instytucją, cichą bohaterką, naszą Matką Teresą”, mówią z przekonaniem ci, którzy zetknęli się z s. Heleną Pszczółkowską w czasie jej 40-letniego pobytu w Płocku.


Życie poświęcone


– Siostrę Helenę Pszczółkowską poznałem osobiście na początku lat 80. ub. wieku. Zawsze zatroskana o los swoich podopiecznych, starała się zaspokoić ich potrzeby, w tym także pomóc im rozwiązać problemy osobiste i prawne. Stąd wynikały nasze częste kontakty – wspomina mecenas Włodzimierz Szafrański, który po stanie wojennym angażował się w obronę internowanych opozycjonistów, a zgromadzeniu szarytek pomógł odzyskać siedzibę zagrabioną przez komunistyczną władzę. Nazywa on s. Helenę bohaterką cichej i żmudnej pracy poprzez codzienną służbę chorym i cierpiącym.
– Często można było ją spotkać na ulicach Płocka, jak z pełnymi reklamówkami zmierza do swoich podopiecznych. Wielu kierowców autobusów miejskiej komunikacji, widząc ją uginającą się pod ciężarem, zatrzymywało się – można by określić, że „na żądanie”. Ona nigdy o to nie prosiła, ale zawsze serdecznie dziękowała. Mimo że sama była człowiekiem schorowanym, nie chciała nigdy mówić o sobie, ale żyła problemami innych. Zawsze była pogodna, uśmiechnięta, pełna życzliwości dla drugiego człowieka. I taka pozostała do końca życia – dodaje prawnik. Włodzimierz Szafrański widział siostrę jeszcze na kilka dni przed śmiercią w Warszawie, w domu zakonnym na Tamce. – Poznała mnie, ucieszyła się, ale po kilku minutach poczuła się już zmęczona wizytą – opisuje krótko to ostatnie spotkanie z „płocką Matką Teresą”.


Radość od środka


– Każdy, kto uważniej patrzył, nawet nie znając bliżej s. Heleny, miał świadomość, że to wyjątkowa osoba – stwierdza Tadeusz Taworski, znany płocczanin zaangażowany w działalność opozycyjną i wieloletni dyrektor płockiego Ogrodu Zoologicznego. Począwszy od stanu wojennego, a potem przez kolejne lata pomagał płockim siostrom szarytkom, czy to zapewniając transport, czy wykonując naprawy lub inne techniczne zadania wymagające męskiej ręki.
Siostrę Helenę wspomina tak: – Była najcichsza z sióstr i chyba najwięcej robiła dla ludzi. Może dlatego tak trudno jest znaleźć świadków jej codziennego życia, bo właściwie działała anonimowo – przekonuje Taworski.
– Była bardzo słabego zdrowia. Bardzo krucha. Wiadomo też, że na jedno oko zupełnie nie widziała, na drugie tylko trochę. Człowiek naprawdę bał się, żeby nie nosiła za ciężkiej torby, a ona właśnie to robiła. Siostra Helena chodziła po tych różnych domach, gdzie według jej rozeznania była prawdziwa nędza. Nawet jeśli gdzieś była zupełnie beznadziejna sytuacja, dla niej nie było żadnych przeszkód – wspomina.
Jak mogły wyglądać miejsca, do których chodziła, by pomagać? – Miałem tylko raz okazję widzieć taką stuprocentową melinę. Było to na skrzyżowaniu ulic Królewieckiej i Bielskiej. Byłem wtedy przebrany za jednego z trzech „mikołajów”. Nie przypuszczałem, że ludzie mogą tak mieszkać w centrum wojewódzkiego miasta. W jednym pomieszczeniu ze 12 osób; barłogi. Choć jestem odporny na zapachy, tamtego powietrza nie dało się wytrzymać – wspomina Taworski. Siostra Helena nie wahała się iść nawet do takich miejsc. Nie odsyłała z kwitkiem także tych, którzy przychodzili do domu sióstr, w kamienicy przy pomniku Broniewskiego. Tam w piwniczce szarytki urządziły magazyny z darami z Zachodu.
Portret siostry wydobywany z pamięci przez Tadeusza Taworskiego dopełniają takie cechy, jak łagodność i wewnętrzne ciepło.
– Zawsze miała zmęczoną twarz, być może przez słabe oczy. Wewnętrznie jednak była wesoła, a już najbardziej wtedy, gdy miała co zanieść ubogim. W pewnym sensie w kontaktach z nią odczuwałem to, co w momencie spotkania z ojcem świętym Janem Pawłem II. Coś podobnego właśnie z niej emanowało.


Torby pełne dobra


– To był człowiek instytucja. Służyła pomocą wszystkim osobom, które jej potrzebowały – mówi Krzysztof Nowakowski, płocki przedsiębiorca, zaangażowany w inicjatywy patriotyczne.
– Jej nazwisko wyraża to, jaka była. A była wyjątkowo pracowita jak pszczółka. Wiele razy ją podwoziłem, gdy zobaczyłem, jak lekko pochylona drepcze z ciężkimi pakunkami. Były to takie jej „służbowe” torby, uszyte z czarnej dermy; zawsze wypełnione po brzegi, a to żywnością, a to lekami, bo idąc do chorych, wstępowała do apteki. Siostra Helena w imieniu biednych pukała do różnych instytucji, do lekarzy, do urzędników, prezesów. Charakterystyczne, że zadowalała ją każda najdrobniejsza kwota, za którą mogła kupić choćby chleb czy bułkę dla kogoś potrzebującego. Była dla wszystkich osobą w pełni godną zaufania i każdy wiedział, że pieniądze jej dane zostaną użyte w dobrym celu. W pewnym sensie tę funkcję pełni dziś Katolickie Stowarzyszenie im. św. Brata Alberta, ale wtedy go nie było. Była jedna s. Helena Pszczółkowska – opowiada Nowakowski, który wraz z Tadeuszem Taworskim przez wiele lat pomagał płockim szarytkom.
Co zapadło mu w pamięć z małomównej i skromnej osoby s. Heleny? – Jej uśmiech. Właściwie nigdy nie widziałem jej smutnej ani w złym humorze.


Świętych obcowanie


W tym roku 26 maja minie 90 lat od dnia urodzin płockiej Matki Teresy. Mała Helenka przyszła na świat we wsi Dzielin k. Przasnysza jako jedno z siedmiorga dzieci Julii i Dionizego Pszczółkowskich. Do nowicjatu Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo wstąpiła w stolicy dokładnie w dniu wybuchu powstania warszawskiego. W zakonie przeżyła 63 lata, pracując jako pielęgniarka, siostra parafialna i siostra służebna w Kielcach, Lublinie, w Obrytem i wreszcie od 1966 r. w Płocku. Tu spędziła aż 40 lat, poświęcając się bezgranicznie ubogim tego miasta. Przemierzyła setki kilometrów, odwiedzając zaniedbane wówczas społecznie obszary – starówkę, okolice płockiego ratusza, ulice przy dawnym dworcu autobusowym. Odznaczana kilkakrotnie za swoją cichą, ale nieustępliwą służbę, m.in. medalem „Zasłużony dla Płocka” i Złotym Krzyżem Zasługi. W 2000 r. była nominowana w lokalnym plebiscycie do miana Płocczanina Stulecia jako jedna z 13 najwybitniejszych mieszkańców miasta. Upamiętniono ją m.in. w jednym tomiku serii „Portrety płocczan”.
Świadkowie wspominają, że nawet pod koniec życia nie chciała wyhamować, mimo widocznie słabnących sił. Dopiero kategoryczny zakaz siostry przełożonej sprawił, że s. Helena mogła jedynie przyjmować ubogich w ich domu zakonnym. Ostatnie miesiące, bardzo słaba, spędziła już w warszawskim domu. – Nawet gdy była tam i sama potrzebowała pomocy, ciągle przeżywała, że jej podopieczni w Płocku zostali sami – wspomina Krzysztof Nowakowski. Siostra Helena odeszła 2 marca 2007 roku, przeżywszy 82 lata. Została pochowana na cmentarzu Powązkowskim w kwaterze należącej do zgromadzenia.
– Spotykamy się z tym, że wiele osób wspomina siostrę. Mówią: „Znałam (znałem) s. Helenę, tak wiele mi pomagała”. „To była cicha, oddana siostra Miłosierdzia” – przyznaje s. Irena Plaskota, obecna przełożona płockiego domu szarytek. – Osoba s. Heleny towarzyszy także naszej wspólnocie. To jest świętych obcowanie! Właśnie tak: wierzę, że jest obecna. Jesteśmy w domu, gdzie żyła, modliła się, skąd wychodziła do swoich podopiecznych. Naszej wspólnocie, liczącej pięć sióstr, jest dane – dzięki Bożej Opatrzności – chodzić drogami, które przemierzała s. Helena. Pozostajemy w zamyśleniu nad bogactwem duchowym naszej siostry, nad siłą wewnętrzną, która oparta na Bożej miłości dzieliła się z najbardziej potrzebującymi – dodaje s. Irena.
Płockie szarytki i przyjaciele tego zgromadzenia chcą, by pamięć o s. Helenie nie zatarła się. Dlatego apelują do wszystkich, którzy współpracowali z siostrą – do świeckich, kapłanów i innych sióstr, ale również do osób, które korzystały z jej delikatnej, konkretnej posługi. – Prosimy o świadectwo napisane, o zdjęcia. Możemy się także spotkać, aby porozmawiać o s. Helenie, która w obecnych czasach, gdy trudno być całkowicie ofiarnym, bezinteresownym, może być wzorem do naśladowania – zachęca s. Irena.
Kontakt z siostrami w tej sprawie pod adresem: Siostry Miłosierdzia Wincentego
à Paulo, 09-402 Płock, ul. Warszawska 5; plockszarytki@onet.pl; airen2@vp.pl lub pod nr. tel.: 24 262 47 50 oraz 503 749 229 (s. Irena Plaskota SM).•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma