• facebook
  • rss
  • Dwunasty misjonarz

    dodane 19.06.2014 00:00

    O powołaniu, które zrodziło się z przyjaźni, i o pracy, która czeka księdza w Urugwaju, w rozmowie z ks. Włodzimierzem Piętką opowiada ks. Jarosław Tomaszewski.

    Ks. Włodzimierz Piętka: W jaki sposób zrodziła się myśl, żeby zostać misjonarzem?

    Ks. Jarosław Tomaszewski: Sprawa misji przyszła do mnie „drogą przyjaźni”. Przed laty w mojej rodzinnej parafii pracował ks. Zbyszek Rembała, który pierwszy wbijał mi z entuzjazmem w głowę przekonanie, że każdy ksiądz musi interesować się życiem Kościoła powszechnego. Potem poznałem ks. Marka Brulińskiego, który pewnego roku odwiedził płockie seminarium. Na popołudniowym spacerze zobaczyłem w ogrodzie skromnie ubranego, nieśmiałego księdza, który zagadał do mnie po polsku, lecz ze śmiesznym, hiszpańskim akcentem. Zorganizowaliśmy spontaniczne spotkanie w moim pokoju, przyszło kilku kleryków, oglądaliśmy film i zdjęcia z Peru. To dlatego sądzę, że misje przyszły do mnie „drogą przyjaźni”. Choć przyznam, że w ostatnich latach nie myślałem o wyjeździe do dalekich krajów, tym bardziej do Ameryki Łacińskiej, której kultura nigdy nie była mi zbyt bliska. Zakochany byłem w Afryce. Aż do chwili, gdy odezwał się do mnie – znów „drogą dobrej przyjaźni” – biskup Jamie Fuentes z Urugwaju.

    Ale przecież i w Polsce potrzeba księży „z misyjną duszą”, którzy podejmą dzieło nowej ewangelizacji…

    Przede wszystkim uważam, że na Mazowszu mamy wielu, gorliwych, światłych i myślących apostolsko księży. To właśnie oni od lat 30, 20, 10, kiedy nie mówiło się jeszcze zbyt dużo o nowej ewangelizacji, uprawiali ją niezwykle skutecznie: przez godziny spędzone w konfesjonale, przez głoszenie dobrych kazań, przez dbałość o rozkwit lokalnych sanktuariów w diecezji, przez bycie blisko ludzi. Myślę, że w polskiej koncepcji nowej ewangelizacji dużo energii poświęca się jednemu jej sektorowi, jakim jest głoszenie kerygmatu, a jakby w ogóle nie mówi się o tak newralgicznych punktach nowej ewangelizacji, jak: kwestia społeczna, prawidłowa edukacja, Kościół i jego wpływ na współczesną kulturę, rodzina, udział naszych świeckich w życiu publicznym czy proporcjonalna tro- ska o ubogich i zmarginalizowa- nych.

    Jak wyglądało przygotowanie w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie? W jaki sposób ksiądz staje się misjonarzem?

    To był jakby rok sabatyczny, czyli przeznaczony na uporządkowanie ducha, regenerację fizyczną, naukę języka i kultury kraju, do którego jadę. Czasem mówi się, że ten lub inny ksiądz jest zmęczony, oschły, wypalony lub w kryzysie. W Centrum Formacji Misyjnej znaleziono na to sposób. Wszystkim księżom, którym dokucza męcząca aktywność, zalecałbym odważne podjęcie roku sabatycznego.

    Dlaczego Ksiądz jedzie do Urugwaju? Kto wybrał taki kierunek pracy misyjnej?

    Jak wspominałem wyżej – wszystko zaczęło się od misyjnych przyjaźni. Dobrze znam biskupa diecezji, do której jadę. Biskupa, który zmaga się w swoim Kościele lokalnym z poważnym niedoborem księży i sióstr zakonnych. To bp Jaime Fuentes prosił o pomoc, a ja zawsze jakoś pragnąłem służyć w Kościele skromnym. Ale trzeba być uważnym w pragnieniach, bo Pan Bóg traktuje je bardzo poważnie! Zostałem wysłuchany i dostałem swoją misję w Urugwaju.

    Czego misjonarz boi się przed swą pierwszą misją? Czego najbardziej potrzebuje?

    To jest zaskakujące, ale jeśli powołanie misyjne jest prawdziwe, nie ma lęku. Ja czuję jedynie respekt, ale nie strach. Respekt przed życiem z dala od bliskich i przyjaciół. Respekt przed specyfiką języka używanego w tym regionie świata czy przed chłodem religijnym mieszkańców kraju, do którego jadę. Respekt jednak nie ma nic wspólnego ze strachem. Respekt jest elementem szacunku i roztropności, podczas gdy strach krępuje i zniewala.

    W jaki sposób możemy pomagać misjonarzowi z diecezji płockiej?

    Najbardziej zależy mi na zachowaniu przyjaźni. Mam w życiu wiele braków, ale dobry Bóg nie poskąpił mi jednego – mam wielu wspaniałych przyjaciół i nie wyobrażam sobie życia bez nich. Wierzę, że to przetrwa. Oczywiście proszę też o pamięć w modlitwie dla mnie i dla ks. Jacka Kędzierskiego, z którym wspólnie będziemy pracować w Urugwaju. Nie ośmielamy się prosić o wsparcie materialne, bo każdy z nas dźwiga własną biedę, ale gdyby wam kiedyś czegoś zbywało, my zawsze chętnie odprawimy Msze św. w tej intencji, w ten sposób uzyskując choćby skromne środki na życie tam, gdzie Kościół naprawdę ma ubogie umocowanie materialne. A zatem: Muchas gracias por todo! Hasta pronto y un abrazo grande!•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół