• facebook
  • rss
  • Ewangelia za kratami

    Agnieszka Kocznur

    |

    Gość Płocki 40/2012

    dodane 04.10.2012 00:00

    Społeczeństwo. Droga spod ciemnej gwiazdy do Boga nie jest łatwa, ale można ją pomyślnie przebyć. – Jeden z tej szansy skorzysta, inny nie, ale warto próbować, choćby dla tego jednego – mówią płocczanki, które odwiedzają więźniów w zakładzie karnym, ofiarując im swój czas i modlitwę.

    Jasne, żółte mury z wieżyczkami dzieciom przypominać mogą zamek. Jednak wystarczy spojrzeć nieco wyżej, by zobaczyć kraty i usłyszeć nawoływania. Zakład Karny w Płocku, w którym przebywa prawie 700 mężczyzn, znajduje się w samym centrum miasta. Zwykli przechodnie starają się go omijać szybkim krokiem i szerokim łukiem. Nie spoglądają w jego stronę, nie reagują na słowne zaczepki więźniów. Ale są też tacy, którzy sami decydują się, by przekroczyć bramy więzienia i spotkać się ze skazańcami. Po co? By mówić im o Jezusie, modlić się, śpiewać, ale także słuchać.

    Przygoda z więzieniem

    – Czy się bałam? Nie, więzienie nigdy nie wydawało mi się jakoś wyjątkowo straszne i chyba lubię odrobinę adrenaliny – mówi z uśmiechem s. Dominika, wspominając swoje doświadczenia zza więziennego muru. – Pierwsze spotkania ze skazańcami miałam jeszcze na studiach, gdy odbywałam praktyki w zakładzie karnym w moim rodzinnym mieście – wyjaśnia. S. Dominika ma 30 lat, skończyła resocjalizację, obecnie pracuje w specjalnym ośrodku szkolno-wychowawczym w Płocku. W pracy dyplomowej wykorzystała badania, jakie prowadziła wśród skazanych z płockiego zakładu karnego. – Kiedyś wpadła mi do ręki książka „Za pięć godzin zobaczę Jezusa”. To dziennik więzienny, który wywarł na mnie niesamowite wrażenie. Przedstawiał autentyczne losy pewnego Francuza, który w wieku 27 lat obrabował bankiera. Zranił wtedy śmiertelnie policjanta i został zatrzymany. Śledztwo trwało długo, więc spędził w więzieniu ponad 3 lata; w tym czasie nawrócił się. Potem wykonano na nim egzekucję. Chyba od tej książki zaczęła się moja „przygoda” z więzieniem – wspomina. Wie, że skazani muszą odbyć karę za popełnione winy. Ale wie także, że jest w nich również dobro, które trzeba wydobyć. – Zawsze miałam pragnienie, żeby dawać im tę nadzieję, żeby czuli, że nie są sami, bo jest Bóg, który czuwa, ich jedyna nadzieja – dodaje. Gdy rozmawiała ze skazańcami, większość z nich była zdziwiona, że spotyka się z nimi taka młoda siostra zakonna, która się ich nie boi.

    Typek z półświatka i nauczyciel

    Halina Drzewaszewska już od 20 lat odwiedza osadzonych w płockim więzieniu. Razem z innymi pięcioma członkiniami Wspólnoty Krwi Chrystusa ze „Stanisławówki” prowadzi tam rozważania Pisma Świętego. – Niektórzy więźniowie naśmiewają się z tych, którzy chodzą na nasze spotkania czy na Msze św. Dokuczają im, i bywa tak, że ci słabsi psychicznie przestają przychodzić. Ktoś przyjdzie z ciekawości raz i już więcej go nie widzimy, a inny zostaje – mówi Drzewaszewska. Przytakuje jej Marta Dąbrowska, która mimo swych 86 lat, nie czuje się zmęczona tą posługą, trwającą już kilkanaście lat. – Owszem, są tacy, którzy rozrabiają i przeszkadzają w czasie nabożeństwa, ale trzeba pamiętać, że to są często ludzie pochodzący z marginesu społecznego. Nie było matki, ojca, albo pili, albo bili i w domu brakowało miłości. Ja mówię tak: „kwiat każdy inny, tak i człowiek każdy inny” – opowiada. Niektórym skazanym za kratami jest bardzo dobrze, mają lepsze warunki niż na wolności. Za nic nie muszą odpowiadać, a żona i dzieci i tak przychodzą w odwiedziny. Widać też takich, którzy szczerze żałują i szukają Pana Boga. S. Dominika przyznaje, że osadzeni mają wiele cech wspólnych, bo wywodzą się ze zbliżonych środowisk, ale można też spotkać więźniów „na poziomie”. – Dobrze pamiętam spotkanie z nauczycielem, który był w zakładzie karnym przez swoje machlojki finansowe. Człowiek bardzo sensowny i elokwentny, wyróżniał się na tle innych. Wydaje mi się, że jednak każdemu z nich trudno znieść to odcięcie od świata, bo to zmienia człowieka. Z tej izolacji rodzą się rzeczy złe, ale też dobre – przekonuje.

    W sieci złudzeń

    – Dlaczego tam chodzę? Chciałam coś zrobić, może nawet więcej niż charytatywnie. Pójść tam, gdzie nikt nie chce iść, gdzie pomoc najmniej dociera – mówi pani Halina. – W więzieniu nigdy nie spotkało mnie nic złego. Bywało tak, że skazany był bardzo zdziwiony, matka do niego nie przyszła, a ktoś obcy go odwiedził – dodaje. Tak dla niej, jak i dla wszystkich ewangelizujących, najtrudniejszym zadaniem jest zdobywanie nowych osób, które zechciałyby przyjść rozważać Pismo Święte i modlić się także o to, aby Jezus dał im pokój serca. – Rodzina akceptuje to, co robię, nie mają wyjścia – mówi Marta Dąbrowska. – Pan Jezus mówił: „byłem w więzieniu, a odwiedziliście Mnie”. Staram się o tym pamiętać, bo tylko modlitwa i uczynki pójdą za nami, nic więcej; a z tą modlitwą trzeba tam iść – dodaje. – Myślę, że to jakaś łaska od Pana Boga, że nie boję się w takich szczególnych miejscach i z takimi osobami przebywać. Oni często żyją w wielkiej iluzji – mówi s. Dominika. Więźniowie opowiadają np., że na wolności otworzą własne biznesy, a tymczasem są bez fachu, bez pieniędzy, za to z długami za alimenty. – Z drugiej strony widziałam w nich też biedę i rozpacz. Ci pogubieni i ubodzy duchowo ludzie żyli złudzeniami, zakłamywali rzeczywistość. Dlatego pragnęłam im pomóc – wyjaśnia s. Dominika.

    Czy to prawdziwe nawrócenie?

    Władze więzienne pozytywnie oceniają starania katechetów czy ewangelizatorów. Administracja Zakładu Karnego w Płocku od lat współpracuje z parafią pw. św. Stanisława Kostki; ponadto posługi religijne świadczą przedstawiciele innych Kościołów i związków wyznaniowych. Kierownictwo płockiego więzienia nie prowadzi statystyk, ilu osadzonych uczestniczy w niedzielnych Mszach św. Wiadomo jednak, że w jedną niedzielę września było ich 97. Więźniowie osadzeni przy ul. Sienkiewicza uczestniczą też w wielu programach resocjalizacyjnych – o bardzo różnej tematyce – dla uzależnionych: od środków odurzających i psychotropowych, alkoholu, hazardu; poza tym realizowane są programy służące kształtowaniu właściwych postaw społecznych. Jak podkreślają członkinie Wspólnoty Krwi Chrystusa, w ich posłudze zdarzają się takie szczególne chwile i momenty, dla których warto iść za mur. Zwłaszcza gdy ktoś wyraża wdzięczność, że dzięki nim, w więzieniu został katolikiem. – „Tu usłyszałem o Bogu, tu się nawróciłem” – mówią do nas i dziękują. Bardzo radośnie przeżywamy takie momenty, bo on nigdzie o Bogu nie słyszał. Przychodził co środę i modlił się z nami, a potem przyjmuje sakramenty – opowiada pani Marta. Czy jest to szczere nawrócenie? One w to wierzą. Zdarza się, że skazani korzystają z nabożeństw dla zabicia czasu, albo po to, by zapunktować. Czasem mają dość monotonii i siedzenia w celi, więc Msza jest dla nich atrakcją, coś się przynajmniej dzieje. Ale jak mówi s. Dominika: – Najważniejsze jest chyba to, żeby widzieć w każdym z tych skazanych człowieka. To w każdej współpracy, czy pracy z ludźmi, jest kluczem. Ważne są słowa papieża Jana Pawła II, które powiedział do osadzonych w Płocku 1991 r.: „Jesteście skazani – to prawda – ale nie potępieni”. I o tym, każdy z nas powinien pamiętać. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół