Nowy numer 26/2022 Archiwum

Gdy serca płakały…

Praktykowane jeszcze dwie, trzy dekady temu w wielu miejscowościach tzw. puste noce miały może swój specyficzny koloryt, ale były też próbą „oswajania się” naszych przodków ze śmiercią.

W starych albumach rodzinnych można czasem odnaleźć charakterystyczne, czarno-białe zdjęcia, przedstawiające zmarłego w otwartej trumnie, w otoczeniu bliskich i sąsiadów, jednak nie w kaplicy lub kościele, ale w domu. To fotograficzny zapis pustonocnej tradycji, czyli czuwania, które rozpoczynało się zwykle na trzy doby przed pogrzebem. Tak na przykład zapamiętał tę tradycję ks. Waldemar Nowak, emerytowany wieloletni proboszcz ze Smoszewa, pochodzący z Dobrzynia nad Wisłą.

We wspomnieniach „Wyjęte z kalendarza” pisze tak: „Obrzędy pogrzebowe trwały przez lata niezmienione. Czy ktoś zmarł w domu, czy w szpitalu, jego ciało było wystawiane w jego domu. Rodzina przywoziła z kościoła parafialnego krzyż procesyjny, lichtarze ze świecami i stawiała przy trumnie. Przed domem stała czarna chorągiew i dwa proporce. W mieszkaniu, w którym stała trumna ze zmarłym, zasłaniano (jeśli było) lustro. W wieczory poprzedzające pogrzeb przy zmarłym gromadzili się członkowie rodziny i sąsiedzi na specjalne modlitwy, śpiewy polecające zmarłego Bogu miłosiernemu. Były osoby, zwłaszcza kobiety, które miały specjalne zeszyty ze zbiorami okolicznościowych modlitw, śpiewów i one przewodziły »pustymi nocami«” – pisze ks. W. Nowak.

Mieszkańcy Sadłowa pamiętają, z jaką pieczołowitością przygotowywano się do tego czuwania. Wspomnienia swoich bliskich spisał Witold Wybult, prezes Stowarzyszenia Rodzin Katolickich diecezji płockiej, na potrzeby projektu młodej sadłowianki Natalii Zdrojewskiej, która w ramach pracy dyplomowej na uczelni stara się zachować pamięć o tej spuściźnie (pisaliśmy o tym „Gościu Płockim” 35/2021). „Na pustą noc przygotowywano największy pokój, tak aby zmieściło się w nim jak najwięcej żałobników. Czyniono generalne sprzątanie, czasami pospiesznie bielono ściany. Często na ten czas wystawiano meble… Zwykle zatrzymywano zegar i zasłaniano czarnym materiałem lub chowano lustra… Na stołach kładziono białe obrusy”.

Sama praktyka pustych nocy straciła rację bytu, m.in. ze względu na współczesne wymogi sanitarne i komercjalizację usług pogrzebowych. Zachowały się jednak pieśni, które były nieodłącznym komponentem pustych nocy. Są jeszcze domy i rodziny, gdzie się je pamięta, a nawet przechowuje zeszyty z ręcznie zapisanymi tekstami. Takich pieśni można posłuchać w filmie dokumentalnym „Puste noce” z 2014 r. pochodzącego z Mławy Witolda Brody, muzyka i badacza tradycyjnej kultury muzycznej. W udostępnionym na YouTube przez Mazowiecki Instytut Kultury filmie w reżyserii Pawła Głogowskiego można usłyszeć fragmenty pustononocnych pieśni w wykonaniu m.in. mieszkańców Turzy Wielkiej, w parafii Lipowiec Kościelny.

Przejmująco, tym bardziej że śpiewane na melodię „Marsza żałobnego” Chopina, brzmią słowa pieśni-pożegnania: „Na wieczny sen odchodzisz już. Za światów toń płyniesz przed najwyższy tron. Wezwał cię tam ziemski przeznaczenia dzwon. A nam serca płaczą żalem i rozpaczą…”. W bogatym „repertuarze” pustonocnym były i pieśni śpiewane niejako z perspektywy zmarłego: „Na cmentarzu mieszkać będę. A na chwilę tu pobędę. Aż Chrystus Pan każe trąbić, gdy będzie miał zmarłych zbudzić. Krótki czas życia mojego, nie poznałem świata tego” – słyszymy w dokumencie Witka Brody. Co ciekawe, nie zawsze pustonocne utwory wyrażały żal i pochwałę zmarłego. Czasem były dość brutalne w wymowie i brzmiały jak przestroga, szczególnie gdy dany człowiek źle zapisał się w pamięci swojej społeczności.

„Czasami, gdy umierał ktoś, kto się sprzeniewierzył, np. wobec rodziców, śpiewano »o marnotrawnych dzieciach«” – odnotowuje Witold Wybult na podstawie wspomnień sadłowian. Zawsze jednak, jak dodaje, wykonywano pieśni do patronów dobrej śmierci: Matki Bożej, św. Barbary i św. Józefa. Jaką rolę psychologiczną pełniły te wszystkie pieśni i cała tradycja, wynikająca z wiary ludu, chociaż nieusankcjonowana autorytetem władzy kościelnej (duchowni rzadko uczestniczyli w tych czuwaniach)? Na to pytanie starała się znaleźć odpowiedź Natalia Zdrojewska, która w dzieciństwie miała z tą tradycją niewielką styczność. – Gdy w trakcie pracy koncepcyjnej przeprowadziłam rozmowę z Pawłem Grochockim, śpiewakiem, uczniem mistrzów ludowych, ale jednocześnie psychotanatologiem, usłyszałam od niego, że te zwyczaje były pewnym narzędziem do radzenia sobie ze śmiercią. Kiedyś, w kulturze ludowej, śmierć była oswojona i traktowana nie jako koniec, ale kolejny etap życia. Teraz, gdy staje się tematem tabu, te narzędzia utraciliśmy – uważa N. Zdrojewska.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama