Nowy Numer 41/2021 Archiwum

Przasnysz. Jej duch nieustannie mi towarzyszy

Podczas spotkania promocyjnego w Przasnyszu zaprezentowano publikację o zasłużonej mazowieckiej ziemiance Kazimierze Kłoczowskiej.

Autorem wydanej przez Bibliotekę "Więzi" książki "Pani na Bogdanach. Kazimiera Kłoczowska (1859-1929)" jest Jan Maria Kłoczowski, tłumacz z języka francuskiego. Podczas spotkania w Muzeum Historycznym, przybliżył on licznie przybyłej publiczności niezwykłą postać swojej prababki, ziemianki żyjącej na przełomie XIX i XX wieku na północnych krańcach Mazowsza.

Przyszła na świat w Krzynowłodze Wielkiej w zamożnej rodzinie Rykowskich, ale wychowywała się i kształciła w Warszawie. Była uzdolniona artystycznie: grała na fortepianie, rysowała, malowała akwarele, pisała wiersze. Znała języki francuski, niemiecki i angielski. W młodości ze względów zdrowotnych często wyjeżdżała do szwajcarskich i francuskich kurortów. W Nicei przeżyła trzęsienie, którego doświadczył także przebywający tam wówczas znany filozof niemiecki Fryderyk Nietzsche. Kazimiera do końca życia opowiadała o ateiście, który wieczorem w salonie dowodził, że Boga nie ma, a wiara i religia to głupota, a kiedy zatrzęsła się ziemia jako jeden z pierwszych wybiegł z hotelu, padł na kolana w bieliźnie i zaczął głośno się modlić.

Wbrew panującym w jej sferach trendom Kazimiera zdecydowała się opuścić Warszawę i objąć otrzymany z rodzinnego podziału majątek Bogdany Wielkie koło Chorzel. Wiedziona pozytywistycznymi ideami pracy u podstaw, postanowiła poświęcić się tajnemu nauczaniu wiejskich dzieci. Zamieszkała w dworku, który zbudował dla niej jej ojczym, wzięty architekt Adolf Schimmelpfenning, projektant m.in. kościołów w Myszyńcu, Chorzelach i Rostkowie. Kilka lat później, wbrew zdaniu swojej rodziny, wyszła za mąż za Józefa Kłoczowskiego, dzierżawcę majątku w pobliskim Duczyminie. Ich wspólne życie, które wiedli w Bogdanach z synem Eugeniuszem, wykonując kapitalną pracę społeczną, kulturalną i oświatową na rzecz lokalnej społeczności, niedługo potem zakłóciły burze I wojny światowej oraz wojny polsko-bolszewickiej. Od śmierci z rąk sowieckich najeźdźców Kazimierę uratowali mieszkańcy sąsiedniej wsi przebierając ją w chłopskie ubranie i ukrywając w chacie. Wydarzenia te bardzo wpłynęły na umocnienie jej wiary i pogłębienie życia religijnego. Dawna pozytywistka za namową niańki swych wnuków pod koniec życia została członkinią Trzeciego Zakonu św. Franciszka.

- Przy pisaniu tej książki dosłownie towarzyszył mi duch Kazimiery, który zresztą towarzyszy mi ostatnio nieustannie ponieważ mieszkam w Bogdanach od pięciu lat na co dzień. Książka jest rodzajem długu, jaki spłaciłem pierwszej mieszkance dworu – zwierzył się autor.

"Była matką mego dziadka Eugeniusza Kłoczowskiego i babką mego ojca Jerzego. Obaj urodzili się tutaj, w tym ceglanym dworku, który od kilku lat jest także i moim adresem. I kiedy patrzę na dwustuletnie jesiony w otaczającym go parku, kiedy słyszę o zmierzchu nawoływania puchaczy i sadzę czerwone róże przy ganku, mam poczucie, że cała trójka nadal tu jest, choć przecież nie dotknę ich ręki, nie napiję się z nimi herbaty, nie dowiem się, co myślą o świecie, który zamienili na inny. Jedyne, co mogę zrobić, to utrwalić pamięć o nich, podzielić się nią z innymi. A że w moim przypadku niemal wszystko zaczyna się od Kazimiery – stąd ta krótka o niej opowieść" – wyjaśnia we wstępie Jan Maria Kłoczowski.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama