Nowy numer 23/2021 Archiwum

Nie sława, lecz praca

Gipsowe figurki Matki Bożej Skępskiej autorstwa Wandy Szrajberówny znajdują się dziś w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie i Warszawie, a w Płocku powoli przypomina się jej życie i dzieło.

Talent to łaska Boska. Kto w pychę się wzbija, ten go utracić może łatwo – w takich słowach, jak podaje reportaż z 1927 r. w „Kobiecie Współczesnej”, tłumaczyła istotę twórczej pokory swoim młodziutkim uczennicom Wanda Szrajberówna (1886–1962), wówczas kierowniczka Stacji Doświadczalnej dla Ceramiki Ludowej w Wiśniewie. To niezwykła, lecz zapomniana artystka, nauczycielka, swoisty Oskar Kolberg w spódnicy, choć główny obszar jej zainteresowań dotyczył nie kultury muzycznej, ale rękodzieła w glinie. Jej życie częściowo splotło się z Płockiem.

Dzięki temu w zbiorach Muzeum Mazowieckiego można zobaczyć jej kilka prac malarskich, a także ceramikę, powstałą w kręgu wspomnianej wiśniewskiej Stacji. Postać Wandy Szrajberówny powoli wyłania się z niebytu, m.in. dzięki wystawie zorganizowanej latem w muzealnej kamienicy przy Tumskiej 8 oraz niemal benedyktyńskiej pracy Elżbiety Miecznikowskiej, autorki samej wystawy i książki „W wiśniewskiej garnkowni pani Wandy”, wydanej przez Muzeum Mazowieckie wspólnie z Fundacją AVE (jej siedziba jest właśnie na dawnych terenach Wiśniewa, a dziś w warszawskiej Białołęce). To właśnie tam m.in. znajdziemy wspomnianą relację z wiśniewskiej Stacji Doświadczalnej. Teraz, mimo pandemii, powstaje fabularyzowany film dokumentalny, którego reżyserem jest Krzysztof Paluszyński, a producentem PalFilmStudio Spółka z o.o. Bardzo ciekawym aspektem tego projektu jest udział w roli Wandy nie zawodowej aktorki, ale płockiej ceramiczki Beaty Szajdziuk.

– Łączą nas wspólne drogi i niektóre działania; miłość do ceramiki, działalność edukacyjna, chęć wprowadzenia do Płocka ceramik i dania możliwości tworzenia każdemu, kto tylko tego chce – opowiada pani Beata, która ma świadomość, że wciela się w postać wyjątkową. – Wanda Szrajberówna miała niezwykłą osobowość i bardzo dobrze się stało, że Ela Miecznikowska ją opisała dla świata. Myślę, że miała w sobie niezwykłą charyzmę, ale jednocześnie skromność. Musiała mieć niesamowitą energię i pasję. Udało jej się tyle zrobić w życiu. A były to działania wybiegające poza czasy, w których żyła – uważa B. Szajdziuk, która na filmowych kadrach rzeczywiście w dużym stopniu przypomina zewnętrznie młodą Szrajberównę.

Pierwsze zdjęcia wykonano w październiku w Wilczynie, w miejscu chrztu Wandy. Projekt ten niezwykle cieszy etnografkę Elżbietę Miecznikowską, która – jak sama przyznaje – gromadząc materiał o Wandzie, tropiła ją jak detektyw po różnych zakątkach kraju. – Przygotowałam wystawę i krótkie opracowanie biograficzne. Moim celem stało się, by jak największa liczba osób dowiedziała się o tej niezwyczajnej, a niestety zapomnianej kobiecie. Mniej więcej na miesiąc przed ustaleniem współpracy z Fundacją AVE zadzwonił do mnie reżyser Krzysztof Paluszyński. Ktoś z Wilczyna w rejonie Konina powiedział mu o moich badaniach. Zafascynowany rodziną babki Wandy – Ludwiki Krzymuskiej, zaproponował spotkanie, a potem podjął decyzję o tym, że chce zrobić o Szrajberównie film – mówi E. Miecznikowska.

Tymczasem jej pięknie wydana i ilustrowana archiwalnymi zdjęciami książka pokazuje nie tylko losy, ale i talent oraz energię Wandy, której życiową pasją była sztuka ludowa w jej oryginalnym, tradycyjnym wydaniu. Przy czym podejście Szrajberówny do kultury materialnej wsi ewoluowało, bo po doświadczeniach jako instruktorka garncarstwa ludowego, w ramach kursów Towarzystwa Popierania Przemysłu Ludowego, doszła do wniosku, że „artystów ludowych nie należy dokształcać”, a „produkt masowy, wykonany na potrzeby przemysłu ludowego, być może zyskuje trwałość wykonania, ale traci swoje walory artystyczne, a przede wszystkim indywidualny charakter dzieła” – jak pisała w swoim artykule w 1929 roku.

A właśnie ten czasem nieco „chropowaty” indywidualizm tych prac ceniła najbardziej. Wanda Szrajberówna była też niestrudzoną zbieraczką ceramicznych obiektów. Część z nich trafiła do Płocka, szczególnie w tym okresie, gdy mieszkała tu, pracując w Żeńskiej Szkole Udziałowej i zakładając z innymi artystami Oddział Płocki Warszawskiego Towarzystwa Artystycznego. Zaprzyjaźniona z inną wybitną płocczanką, Haliną Rutską, przesyłała jej znalezione w terenie obiekty. Ta niezwykła kobieta w dojrzałym życiu podjęła jeszcze jedną odważną decyzję – wstąpiła do zgromadzenia sióstr służek. – Często myślę o tym, że jej życiowe drogi doprowadziły ją do tego najważniejszego punktu, którym nie były artystyczna sława i zaszczyty, ale praca wśród ludzi, którzy byli jej podobni. Z pozoru zwyczajne gipsowe Maryjki były tak naprawdę nośnikiem historii grupy ludzi, którzy podobnie czuli i myśleli – mówi Elżbieta Miecznikowska.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama