Nowy numer 43/2020 Archiwum

Tam jest rodzina, a tu jest dom

Dzięki Stowarzyszeniu „Wspólnota Polska” renesansowy zamek ma nowe życie i zadania: tu odbywają się doroczne Dni Tradycji Rzeczpospolitej, bale niepodległości, edukacyjne zajęcia – gawędy o zachowaniu się przy stole, a od trzech lat istnieje Ośrodek Adaptacyjny dla Repatriantów.

Sen spełnia się w Pułtusku

To właśnie ten ostatni projekt uczynił z dawnego zamku serdeczny dom dla Polaków powracających do ojczyzny. Dla tych, którzy przybywają ze Wschodu, właśnie Pułtusk stał się pierwszym przystankiem. Było to możliwe dzięki zaangażowaniu strony rządowej (z premier Beatą Szydło i ministrem Henrykiem Kowalczykiem) oraz Aleksandry Ślusarek, prezes Związku Repatriantów RP. Na pułtuskim zamku od trzech lat repatrianci otrzymują podstawową pomoc prawą i dokumenty, uczą się języka.

Tu również otwierają swoje serca i opowiadają zawiłe historie swoich rodzin. Aby wyobrazić sobie koleje ich losu, trzeba cofnąć się do wydarzeń z 1936 r., kiedy na Ukrainie NKWD rozpoczęło czystki etniczne. W bydlęcych wagonach wywożono całe rodziny do Kazachstanu. Pusty step stał się domem dla ok. 70 tys. osób. Wśród wysiedlonych 60 tys. to byli Polacy, którym zabroniono używać języka ojczystego. Spośród potomków wysiedlonych wtedy Niemców większość powróciła do ojczyzny na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Natomiast Polacy musieli czekać kolejne dziesiątki lat. Wszystko zmieniło się dzięki nowelizacji ustawy o repatriacji, którą Sejm RP przyjął w 2017 roku. Otworzyło to nowe możliwości powrotu do ojczyzny.

– W chwili przekroczenia granicy repatrianci nabywają polskie obywatelstwo, a później tylko zostaje ono formalnie potwierdzone w procesie administracyjnym. Przebywają w ośrodku adaptacyjnym od trzech do sześciu miesięcy. Na miejscu uczą się języka polskiego i biorą udział w kursach zawodowych. Mają również dostęp do wszystkich organizowanych przez nas wydarzeń. Później, dzięki dotacji państwowej, mogą kupić lub wynająć mieszkanie. W ten sposób pomagamy im w stawianiu pierwszych kroków na ojczystej ziemi – opowiada Sylwia Ostaszewska, jedna z wielu osób pracujących przy projekcie. Od 15 listopada w Pułtusku trwa już piąty turnus adaptacyjny, w którym uczestniczy ok. 140 osób. W ciągu tych trzech lat pomoc otrzymało 750 osób.

Rodzina wreszcie się połączy

Pani Wiktoria z rodziną przyjechała do Pułtuska 23 listopada. Jej rodzice pochodzili z Kamieńca Podolskiego. Do Kazachstanu zostali zesłani w pamiętnym 1936 roku. – Opowiadali, że kiedy tam dotarli, stała tylko tabliczka: „Numer 3” i był goły step. Zaczęli lepić glinianki, a w 1960 r. budować dom. Ja urodziłam się w 1942 r. Spędziłam tam całe moje życie. Mam dwie córki. Moi rodzice zawsze mówili, że jeśli tylko będziemy mieli taką możliwość, powinniśmy wrócić do kraju. Przyjęto nas bardzo dobrze, ludzie są tu serdeczni i dobroduszni. Nie tęsknię, czekam tylko, aż przyjedzie tu druga córka z rodziną, i nic więcej mi nie trzeba. Tam dom mój, gdzie moje dzieci, wnuki i prawnuki. Tam dom, gdzie rodzina – opowiada W. Chrzanowska.

Antonina Grabowska przyjechała do Pułtuska z pierwszą grupą repatriantów i została częścią zespołu adaptacyjnego dla innych repatriantów w Domu Polonii. Jest tłumaczem i nieocenionym wsparciem dla wracających do kraju rodaków. Jak przyznaje, to ciekawość „pierwiastka” polskości, którą widziała w swoich dziadkach, sprawiła, że ukończyła polonistykę na Uniwersytecie w Kazachstanie, a potem kontynuowała studia podyplomowe w Polsce. – Dziadkowie mają już ponad 90 lat. Oni mają w sobie taką polskość „z krwi i kości”. Jest też religia, którą uważam za podstawę polskości. To trudno określić, ale to jest taka polska, romantyczna mentalność, styl i zachowanie. W mojej rodzinie wciąż są ważne wspólne spotkania i wrażliwość na drugiego człowieka. W Kazachstanie więzi rodzinne są bardzo silne. Ludzie uważają, że dom i majątek warte są stracenia, jeśli tylko rodzina będzie razem – opowiada pani Antonina.

– Problem repatriacji wygląda inaczej ze strony polskiej, a trochę inaczej ze strony kazachstańskiej. Ja złożyłam dokumenty w 2002 r., odpowiedź nie przychodziła przez dłuższy czas. Wtedy w Kazachstanie zaprzestano nauki języka polskiego z uwagi na zbyt małe zainteresowanie i tak skończyła się moja praca nauczycielki. Musiałam więc zmienić zawód. Myślałam, że już pożegnałam się z Polską i wtedy w 2016 r. przyszło zaproszenie z ambasady. To było dla mnie wzruszające, gdy czytałam apel pani premier Szydło: „Kochani, przyjeżdżajcie”. To wystarczyło, żeby spakować bagaże i przyjechać – mówi Antonina Grabowska.

Polska o zapachu jabłek

Dziadek pani Antoniny miał ok. 12 lat, babcia nieco ponad 9 lat, kiedy musieli opuścić swoje domy. Wydaje się, że to niewiele, że nie będą pamiętać kraju dzieciństwa. – Dziadek uważa, że najlepsze jabłka na świecie są w Polsce. Zawsze kiedy do nich jadę, prosi mnie o przywiezienie malinówek, które jadał jako dziecko. W jego pamięci Polska jest tam, gdzie kwitną jabłonie. Dziadkowie bardzo chcieli przekazać następnym pokoleniom język polski przez modlitwę i wiarę. A dla mnie było zawsze zastanawiające, dlaczego babcia mówi takim językiem i dlaczego tak był on jej drogi. Ona z modlitewnika uczyła mnie polskich liter – opowiada A. Grabowska. Gdy jedzie odwiedzić rodzinę pozostałą w Kazachstanie, towarzyszy jej przeświadczenie, że z ojczyzny wraca do ojczyzny. Tam jest rodzina, a tu jest dom. Codzienność Domu Polonii w Pułtusku to nie jest praca za biurkiem, która trwa osiem godzin dziennie.

– Dla naszych repatriantów Dom Polonii jest tym pierwszym miejscem, do którego powracają wysiedlone pokolenia rodaków. Pułtusk zawsze będzie tak się im kojarzył. Tu w Urzędzie Stanu Cywilnego będą ich dokumenty: akty urodzenia czy małżeństwa. To zawsze będzie ich dom. Miejsce, gdzie zaczęli wszystko od nowa – mówi dyrektor Michał Kisiel. – Najbardziej ubolewam nad tym, że jeszcze nie jesteśmy w stanie przebić się do świadomości wielu rodaków, żeby chociaż spróbowali zrozumieć, przez co musieli przejść ci ludzie i jak wiele zapłacili za to, że są Polakami. To, co nam opowiadają, czasami nie mieści się w głowie. Chciałbym, żeby wspólnoty, w których przyjdzie żyć Polakom z Kazachstanu, dostrzegły ich, nie wykluczały choćby przez pewne niedociągnięcia językowe i wyciągnęły do nich pomocną dłoń – dodaje dyrektor.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama