Nowy Numer 21/2019 Archiwum

Dzięki tobie nie krzyczę do pustych ścian...

Ewelina Kinalska pochodzi ze Staroźreb k. Płocka. Przez ponad dwa lata była wolontariuszką w Domu Serca na południu Włoch. Czy jej historia i doświadczenie mogą zainspirować innych do podobnych wyborów?

W Kościele, który żyje zmartwychwstaniem Jezusa, wciąż rodzą się nowe formy życia apostolskiego i misyjnego. Jedną z nich jest zatwierdzona przez Stolicę Apostolską, a powstała w 1990 r. we Francji międzynarodowa katolicka organizacja pozarządowa Domy Serca. Wolontariusze misyjni: duchowni i świeccy, głównie młodzi, na określony czas albo na stałe wyjeżdżają na misje i podejmują się życia zgodnie z charyzmatem współczucia i pocieszania ubogich oraz potrzebujących. Jedną ze 102 Polaków, którzy stali się wolontariuszami Domów Serca, była Ewelina ze Staroźreb.

Opuścić wszystko

Na ponad dwa lata wyjechała na południe Włoch. Jak sama przyznaje, na początku wszystko było trochę „z przypadku”. – Sześć czy siedem lat temu na pieszej pielgrzymce z Płocka do Częstochowy poznałam Kasię. Pochodziła z Radomia. Opowiadała mi o sobie i swojej decyzji o wyjechaniu jako wolontariuszka na misje do Rumunii, a potem na Kubę. Słuchałam jej i od początku to, co mi mówiła, wewnętrznie mi odpowiadało, rozumiałyśmy się. Widziałam, jak ona jest szczęśliwa z tego wyboru. Ja natomiast zaczynałam wtedy studia, ale nie byłam do końca przekonana, czy to była ta właściwa droga dla mnie. I właśnie wtedy zaczęłam myśleć o tej wspólnocie i wolontariacie – opowiada Ewelina.

W wyborze pomogła jej z pewnością formacja w Ruchu Rodzin Nazaretańskich przy jednej z płockich parafii. – Uderzyła mnie otwartość tych ludzi i gotowość, aby zrezygnować z wielu rzeczy i zasmakować w życiu prostym. Na początku nie wiedziałam, o co chodzi, ale to mnie przyciągało. Czułam wewnętrznie, że to będzie dobra decyzja i że tego Bóg ode mnie pragnie. Oczywiście, miałam wątpliwości, ale trwałam przy tej decyzji i wierzyłam, że Pan Bóg mnie nie zawiedzie – zapewnia Ewelina. Swoją decyzją wyjazdu na rok jako wolontariuszka misyjna zaskoczyła wszystkich. – Mówili mi wokoło, że jestem szalona. Bardzo zaskoczeni byli rodzice, ale w końcu obdarzyli mnie wielkim zaufaniem i powiedzieli, że wspierają mnie w tym wyborze – dodaje. We wspólnocie Domów Serca w Warszawie postanowiono, że Ewelina pojedzie do Włoch, w okolice Neapolu.

– To pewna próba, bo zostawia się wszystko i przez rok lub dwa jest się tylko dla innych – wyjaśnia wolontariuszka. Najpierw jednak, wraz z kilkoma rówieśniczkami, które też zdecydowały się na podobny wyjazd, musiała się do tego przygotować. Wyjeżdżała więc na kilka weekendów na Kaszuby, do zaprzyjaźnionej ze wspólnotą Domów Serca rodziny, która wychowywała niepełnosprawne dzieci. – Naszym zadaniem była opieka nad tymi dziećmi, słuchanie konferencji i dużo modlitwy: brewiarz, Różaniec, adoracja i Msza św. Zapamiętałam z tamtych spotkań, że szkoła i studia kształtują nasze umysły, natomiast misje kształtują serce. Tam też zrozumiałam, że punktem wyjścia w spotkaniu z drugim człowiekiem jest szczerość i otwartość – wspomina Ewelina.

Kiedy zrozumiesz biednego?

Afragola to miasto nieopodal Neapolu. Tam od ponad 20 lat znajduje się jeden z Domów Serca. Ktoś może pomyśli, jest wiele innych miejsc z większą biedą i potrzebującymi, a tymczasem... – Tam naprawdę jest wiele biedy, nie tylko tej materialnej. W tamtej okolicy wielu ludzi choruje i umiera na raka. Są też rodziny wielodzietne, w których dzieci dużo czasu spędzają na ulicy. Są to ludzie, których potrzeby często są ukryte, wielu jest też niewydolnych społecznie i wychowawczo – wyjaśnia Ewelina.

Ale najpierw to sama wolontariuszka miała doświadczyć swoistej „biedy”. – Pojechałam do Włoch, nie znając języka. Na szczęście miałam obok siebie przyjaciół – wolontariuszy, którzy bardzo mnie wspierali. Sam początek był jednak jakimś dotknięciem dna, zaczynaniem od zera. Tamta sytuacja nauczyła mnie pokory, że w życiu jestem zależna od Boga i od ludzi. Uczyłam się wszystkiego od początku: gotowania po włosku, parzenia kawy. My sobie myślimy, że każdy powinien sobie radzić sam w życiu, ale w rzeczywistości potrzeba nam więcej pokory. Wyjeżdżając na misję, musiałam zrezygnować z telefonu komórkowego i korzystania z internetu. Chodziło o to, aby być w 100 proc. dla innych, a współczesne media w tym przeszkadzają. To mnie oczywiście wiele kosztowało, zwłaszcza brak bieżącego kontaktu z rodziną, ale dzięki temu zaczęłam naprawdę żyć w pełni i zaczęłam się interesować innymi ludźmi. Wolontariat w swojej istocie to strata wszystkiego, to zgoda na to, aby mnie, dorosłą, dzieci uczyły liczyć, czytać i pisać po włosku. Wszystko straciłam, ale zyskałam drugi dom – opowiada Ewelina.

Jej dzień we Włoszech zaczynał się poranną modlitwą – jutrznią o 7.30, potem półgodzinną lekturą duchową i Mszą św. Przed południem każdy znajdował jeszcze czas na godzinną adorację. – Modlitwa i życie duchowe to fundament naszej misji, aby służyć najbiedniejszym, potrzebującym i najmniejszym. Uczymy się od Maryi, która stała pod krzyżem, jak przeżywać sytuacje bezsilności i ubóstwa. Uczymy się, że najważniejsza jest obecność. Naszymi szczególnymi patronami są święci: Matka Teresa z Kalkuty, Damian z Moloka’i, Jan Paweł II – mówi dziewczyna. Po obiedzie spokojny Dom Serca zapełniał się dziećmi, bo wiele z nich przychodziło, aby z wolontariuszami spędzać wolny czas, najczęściej na graniu w piłkę. – Także wspólne gotowanie z nimi i modlitwa były okazją, aby lepiej ich poznać. Te dzieci traktowały nas jak starsze rodzeństwo. Myśmy byli odpowiedzialni za tę przyjaźń, wiedzieliśmy, że mamy je kochać, bo często tej miłości brakowało w ich domach – wyjaśnia Ewelina.

Nie uciekaj od cierpienia

Po południu, po odmówieniu Różańca, wolontariusze ruszali między ludzi. – Najpierw modliliśmy się do Ducha Świętego o dar rozeznania, kogo dziś powinniśmy odwiedzić. Były to proste odwiedziny. Ci ludzie mówili mi o swoim cierpieniu – że mąż daleko pracuje, że często nie ma go w domu, że dzieci nie chcą się uczyć, że są problemy z sąsiadami, ale przede wszystkim, że mają kłopoty ze zdrowiem. Pamiętam Patrycję, matkę z dwójką dzieci, u której wykryto raka piersi. Pokonała chorobę, ale żyła w ciągłym strachu, czy choroba nie wróci, aż nabawiła się depresji. Żaliła się często, że w życiu nie doświadczyła niczego dobrego. Tyle było żalu i bólu w jej słowach, że aż chciałam stamtąd uciekać. I nic nie potrafiłam jej odpowiedzieć, a ona na koniec dziękowała mi, że chcemy do niej przychodzić. Myśmy jej nic nie dali, tylko pozwoliliśmy, aby się przed nami wykrzyczała. Dziękowała, że nie musiała płakać do pustych ścian, ale do nas. Wtedy też zrozumiałam jedną z naszych zasad, że wolontariusze nie uciekają od cierpienia – opowiada Ewelina Kinalska.

Nie zapomni historii dwóch dziewięcioletnich chłopców. – Marco i Renato mieszkali na naszej ulicy, a ich rodziny były skłócone. Ci chłopcy, przychodząc do nas, grali w piłkę i wtedy bardzo się zaprzyjaźnili. Gdy zobaczyli, że są dla nas tak samo ważni, stali się dla siebie jak bracia. Przez przyjaźń z nami zaczęli chodzić do kościoła, a z nimi ich matki. Dla mnie to był cud – dodaje Ewelina.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL