Nowy numer 47/2020 Archiwum

Einstein nas ostrzegał

Nie taka pszczoła zła, jak ją malują – przekonują hodowcy tych owadów. W Płocku zaczęto zastanawiać się, jak dobrze przywrócić dobre tradycje tego zawodu.

Gdy na jednym z płockich portali pojawiła się informacja o planach nasadzania krzewów i drzew nektarodajnych w przestrzeni miejskiej, nie brakowało głosów niechętnych internautów. Pszczoły wciąż są mylone z osami, szkodliwymi owadami, które żądlą i są prawdziwą grozą dla alergików. 
Tymczasem każdy pszczelarz zna dobrze słowa Alberta Einsteina, który mając na uwadze skuteczność tych owadów w zapylaniu, powiedział, że „gdy zginie ostatnia pszczoła, ludzkości pozostaną tylko cztery lata”. O ich znaczeniu w rolnictwie i całym ekosystemie mówiono niedawno podczas konferencji, którą zorganizowało płockie starostwo powiatowe w Zespole Szkół Zawodowych im. Leokadii Bergerowej. Wydarzenie, które zgromadziło pszczelarzy i sympatyków tego rodzaju hodowli, w zamierzeniu organizatorów miałoby być początkiem szerszej akcji odradzania pszczelarstwa na Mazowszu.


Stać nas na straty?


Podczas konferencji, na którą zaproszeni zostali m.in. hodowcy, specjaliści w zakresie rolnictwa, uczestnicy mówili o problemie oprysków chemicznymi środkami ochrony roślin. To najczęstsza przyczyna ginięcia tych owadów. – Mamy obecnie około miliona rodzin pszczelich w Polsce. Jednak na skutek złych oprysków zatruwanych jest corocznie do 50 tys. rodzin. To przynosi ogromne straty w rolnictwie, idące w kilkadziesiąt milionów złotych – przekonywał podczas konferencji dr Piotr Michalik z płockiego oddziału Mazowieckiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Warszawie. 
Bardzo sugestywny przekaz niosło zdjęcie zrobione w Chinach, gdzie pszczoły praktycznie wyginęły, a rośliny są zapylane ręcznie przez ludzi. – Czy jesteśmy w stanie ręcznie zapylać własne uprawy? Chyba nie – zauważył Michalik, zwracając uwagę na kluczową rolę pszczół miododajnych w rolnictwie i sadownictwie.
Konferencja nosiła tytuł: „Pszczelarstwo na Mazowszu. Być albo nie być? – oto jest pytanie” i nieprzypadkowo została zorganizowana w ZSZ im. L. Bergerowej, bo tu, jak przypomniał jej dyrektor Jacek Kłosiński, bogate tradycje pszczelarskie sięgają końca lat 70. XX wieku. Jednak poza Hamletowskim pytaniem, postawionym w tytule, powstaje inna kwestia: jak popularyzować pszczelarstwo i zainteresować młodzież tym tematem.


Coś z niczego


Uczestniczący w konferencji pszczelarze przekonywali, że to nie tylko piękna i pożyteczna forma hodowli, ale też profesja przynosząca konkretne profity.
– Litr miodu kosztuje średnio ok. 30 zł. Z jednego ula można uzyskać przeciętnie 20 litrów miodu. Słyszałem o rekordzistach, którzy uzyskali aż 80 litrów z jednego ula. Sprzedaż miodu może być świetnym dodatkiem do pensji. A mając już ponad 250 uli, można utrzymać z tego rodzinę. Pszczelarstwo jest też świetnym sposobem na wyciszenie – siłą rzeczy trzeba być spokojnym przy pracy w pasiece, aby pszczoły nas nie atakowały, dlatego polecam pszczelarstwo ludziom np. ze stresującą pracą – mówi nam Tomasz Krzemiński, młody pszczelarz, jeden z gości konferencji. Pan Tomasz prowadzi amatorską pasiekę „Paprotki” pod Płockiem i pisze ciekawego bloga. Tam dzieli się uwagami o swoim hobby, które zaszczepił w nim jego dziadek. Sam jest przykładem, że pszczelarstwo może być atrakcyjne także dla młodego człowieka, w dodatku „mieszczucha”.
– Gdy dziadek zaczął zabierać mnie do pszczół, miałem wtedy może kilka, kilkanaście lat. Jak dla młodzika było to nie lada wyzwanie, adrenalina, coś, czego się bałem, a zarazem coś, co mnie bardzo fascynowało. Jednego dnia wkładaliśmy pustą ramkę do ula, a już za tydzień wyciągaliśmy ją wraz z miodem. Wtedy właśnie przychodziły mi do głowy myśli, jak się tworzy coś z niczego. Wraz z wiekiem dostawałem kolejne, bardziej wymagające zadania, np. czyszczenia ula po zimie. Jako młody kajtek musiałem włożyć ręce i całą głowę, aby z dna ula usunąć zanieczyszczenia po zimie. Najbardziej interesowała mnie hierarchia w ulu. Niestety, dziadek nie zdążył przekazać mi całej wiedzy. Z kolejnymi latami, gdy byłem już nieco starszy, jeździłem na wieś i zaglądałem do opustoszałych uli. Cały czas zastanawiałem się, jak takie małe owady mogą wyprodukować tyle miodu, jak tworzą plastry z wosku, jak to działa. W końcu po przeczytaniu wielu książek o pszczelarstwie zbudowałem swoje dwa pierwsze ule. Mnie, mieszczuchowi, dawało satysfakcję, że mam coś pod opieką, że mogę o to dbać i patrzeć, jak rośnie w siłę – opowiada GN pan Tomek, który nie tylko hobbystycznie hoduje pszczoły, ale wykonuje też samodzielnie ule i ramki.
Przyznaje, że rzadko spotyka się młodych pszczelarzy, a w kole pszczelarskim, do którego należy, jest najmłodszym członkiem. Jego zdaniem ludzie po prostu boją się pszczół i użądlenia. Nie wiedzą, że pszczoły atakują tylko wtedy, gdy czują się zagrożone. I są bardzo pożyteczne.


« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama