Nowy numer 30/2021 Archiwum

Dobro dzielone na pięć

Społeczeństwo. Z kromek chleba, które rozdała ta organizacja, można by już pewnie ułożyć linię opasującą ziemski glob. Od 20 lat Katolickie Stowarzyszenie Pomocy im. św. Brata Alberta w Płocku nie tylko karmi głodnych i bezdomnych, ale też pomaga bezrobotnym i zapewnia opiekę dzieciom i młodzieży.

Trudna codzienność

– Bardzo się cieszymy, że ta organizacja, która powstała z maleńkiego zalążka, tak się rozwinęła. Przez ten czas pomagaliśmy coraz szerszemu gronu osób, rzeczywiście zasługujących na pomoc. Trudno mi teraz powiedzieć, który z tych obszarów jest mi najbliższy. Kocham dzieci, kocham młodzież, którą można wyprowadzić na dobre tory, jeśli dobrze się nią zajmiemy. Ale też bardzo współczuję osobom starszym i tym najbiedniejszym. To one są najbardziej wierne i potrafią docenić, co się dla nich robi – mówi Anna Kozera. Jednak taka wielość przedsięwzięć, przy coraz bardziej okrojonych środkach, powoduje, że stowarzyszenie ma trudności z pokryciem bieżących wydatków. Okazuje się, że ci, którzy pomagali, sami tej pomocy teraz potrzebują. – Jeszcze kilkanaście lat temu było znacznie łatwiej pracować w stowarzyszeniu. Mieliśmy więcej wolontariuszy, było także więcej dotacji z zakładów pracy. Życie było tańsze. W tej chwili przybywa podopiecznych, bo przybywa biedy; zatem potrzeby są większe. Jednocześnie coraz droższe są media: światło i ciepło; z każdym rokiem dochodzą też nowe, nieprzewidziane wydatki – wyjaśnia pani prezes. O ile jeszcze kilka lat temu do punktu żywienia „Kromka Chleba” przychodziło 130 osób, to w tym roku zgłosiło się już 200. Codziennie dostają w jadłodajni stowarzyszenia kilka posmarowanych pajd chleba i ciepłą herbatę. Dla wielu, szczególnie bezdomnych, to może być jedyny posiłek w ciągu dnia. Stowarzyszenie musi też zadbać o jedzenie dla wychowanków świetlicy, klubu i domu dziennego pobytu. W tym ostatnim trzeba było zrezygnować z obiadów z powodu zmniejszonych o połowę dotacji ratuszowych. Stowarzyszenie, jak przypomina Anna Kozera, jako organizacja pozarządowa pożytku publicznego, nie może zarabiać. Trudno więc o własne, dodatkowe fundusze na bieżącą działalność. Pewnym źródłem przez jakiś czas był 1 procent, z którego otrzymywali nawet do 35 tys. zł. Jednak ostatnio ten strumień ludzkiej ofiarności zaczął wysychać. W tamtym roku stowarzyszenie uzyskało z niego ok. 5 tys. zł. – My nie możemy powiedzieć ludziom: „Proszę nie przychodzić do nas, bo nie mamy pieniędzy” – mówi prezes. Na przykład dla pewnej grupy osób starszych, które korzystają z domu dziennego pobytu, to naprawdę taki drugi dom. Dostają tu posiłek; mogą się spotkać, poczytać, pograć w szachy, w karty, coś obejrzeć. – Gdyby go zamknięto, trzeba by było inaczej wykorzystać ten czas, ale byłby jakiś brak, smutek – przyznaje pan Wojciech, który od wielu lat korzysta z tej placówki i nawet pomagał przy remontowaniu nowej siedziby. – Gdyby pani to widziała przed remontem! To była ruina, jak po powstaniu warszawskim! – opowiada. – Dzięki temu, że jest takie miejsce, można codziennie wyjść ze swoich czterech ścian i zmienić otoczenie. Ja mieszkam przy ruchliwej ulicy, więc tu przychodzę i odpoczywam. Dużo czytam – dodaje. Anna Kozera pokazuje piękny duży różaniec, który wisi na ścianie domu; to dar od pensjonariuszy. Problemem, z jakim boryka się stowarzyszenie, jest także stan budynku, który otrzymało od miasta w użytkowanie na okres 50 lat. Kamienica, którą zarządza MZGM TBS, jest częściowo zamieszkała przez indywidualnych lokatorów. Siedziby jednostek zostały wyremontowane, część od podstaw przystosowano do prowadzonej działalności, np. warsztatów Centrum Integracji Społecznej. Co jednak zrobić ze zdewastowanymi klatkami schodowymi, przez które wchodzi się do świetlicy czy klubu? – Jako organizacja nie mamy pieniędzy na remonty – mówi prezes.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama