• facebook
  • rss
  • Daj się porwać

    Agnieszka Małecka

    |

    Gość Płocki 42/2017

    dodane 19.10.2017 00:00

    To dzieło jest jak świetny, wciągający serial, który zaprasza do przyjaźni z Bogiem. Właśnie zaczyna się kolejny sezon...

    Wielkopostny Wieczór Chwały w płockiej Stanisławówce. Dolny kościół nabity po brzegi. Ludzie w ławkach, przy ławkach, na ziemi. Przed nimi – syn marnotrawny 2 tys. lat później... Młody człowiek – całkiem zwyczajny, z planami, marzeniami i pierwszą miłością – niezauważenie pogrąża się w niekończącej się zabawie.

    Wciągają go hazard, uzależnienia, kolejne toksyczne związki. Traci wszystko. Był „królem świata”. Jest żebrakiem, bezdomnym. Oczywiście towarzyszą mu współczesne rekwizyty: komórka czy laptop, a kontener na śmieci zastępuje chlew. Finał raczej wszystkim znany, ale jak dobrze się go ogląda... Ojciec bierze w ramiona syna-żebraka i wprowadza do domu. Zbiera też innych pogubionych bohaterów: prostytutki, hazardzistów, narkomanów. Sceny plastyczne, soczyste. Może mury Stanisławówki jeszcze takich nie widziały. Ktoś powie, że może zbyt odważnie. Kościół to nie teatr. – Jezus nauczał w przypowieściach, w obrazach. To najskuteczniejszy przekaz, który zostaje w pamięci – przekonują młodzi z Boscodramy, którzy współtworzą Wieczory Chwały, inicjatywę ewangelizacyjną duszpasterstwa Petroklezja w parafii św. Stanisława Kostki w Płocku. Przez 10 lat inicjatywa rozrastała się, przeżyła gorsze i lepsze momenty, a w ostatnim czasie gromadzi po kilka tysięcy ludzi, którzy odnajdują tu inne oblicze Kościoła.

    Talenty

    Pierwsze Wieczory Chwały mogą się dziś wydawać raczej skromne. A jednak już wtedy – ze śpiewem uwielbienia, świadectwem, małymi formami artystycznymi, modlitwą przed Najświętszym Sakramentem wnoszonym w tłum – były mocnym duchowym uderzeniem. Dziś wieloosobowa ekipa Wieczoru Chwały przygotowuje się gruntownie i daje z siebie wszystko. Nie chcą religijnego kiczu czy działania na pół gwizdka. Najbardziej widać to podczas Wieczoru Chwały w płockim amfiteatrze, który z roku na rok staje się wielkim widowiskiem religijno-kulturowo-artystycznym, zbierając prawie pełną widownię. Jest wisienką na torcie całego roku pracy w duszpasterstwie. – Można po prostu wyjść i pośpiewać, ale my staramy się być dobrze przygotowani. Nie da się zrealizować materiału (w rodzaju kilkunastominutowej scenki), jeśli każde słowo nie jest dopracowane – przekonuje Rafał Mulski, lider grupy Boscodrama, reżyser, aktor i tancerz. – Wieczór w amfiteatrze to jest wyjście do całego miasta. Tym razem nie my zapraszamy do siebie, czyli do Stanisławówki, ale my jesteśmy u was – mówi Jan Goleniewski, kierownik muzyczny zespołu Boscoband. Akrobacje, tańce z płonącymi obręczami, gra aktorów, śpiew chóru, multimedia, światła, dźwięki – to wszystko tworzy całość, którą trudno po prostu nazwać czuwaniem modlitewnym. To gejzer talentów. Można zapytać, czy nie zanadto, czy to nie przesada... – My jesteśmy świadomi talentów, które Bóg nam dał, i staramy się je odkrywać i rozwijać. Chcemy nimi służyć Bogu i ludziom. Wieczór Chwały jest najlepszym miejscem, by to zrobić. Każdą próbę zaczynamy modlitwą i powtarzamy sobie wtedy, że celem jest dla nas Jezus – przekonuje Monika Malinowska, która w Boscodramie zajmuje się kontaktem z mediami. Czy w tym scenariuszu jest w ogóle miejsce na spontaniczność? Czy Duch Święty ma gdzie działać? – Może się wydawać, że to wszystko jest do końca zaplanowane. Działamy w duchu salezjańskim, więc dużo rzeczy jest robionych spontanicznie, w ostatniej chwili i... wszystko się udaje. Jest tu miejsce dla Ducha Świętego. Ale jednocześnie pracujemy zgodnie z zasadą: „Rób to, co możesz, Bóg uczyni resztę” – wyjaśnia Monika. – Często czuję, że tak naprawdę gdyby nie działanie Ducha Świętego, tobym temu nie podołał własnymi siłami, bez wsparcia z góry.To jest bardzo duże obciążenie psychiczne i fizyczne – przyznaje Jacek Woźnikowski, który odpowiada za transmisje on-line, nagłośnienie i sprawy techniczne Wieczorów Chwały.

    Pochwycenie

    Młodzież zaangażowana w to dzieło ewangelizacyjne widzi sens tła artystyczno-aktorskiego. – Od samego początku Wieczór Chwały miał być takim cukierkiem dla osób, które nie są za bardzo wierzące. Jeśli dziś zapraszamy na wydarzenie nie tylko duchowe, ale i artystyczno-kulturalne, to właśnie po to, aby dotarły tu osoby, które nie chodzą raczej do kościoła. Wierzymy, że jak już się pojawią, to Duch Święty ich złapie – mówi Rafał. Niejedna osoba, która dziś śpiewa, tańczy czy gra podczas tych wieczorów została tak „pochwycona”. – Ja trafiłem na Wieczór Chwały, akurat gdy Polska rozgrywała jakiś mecz i zobaczyłem chór ubrany na biało-czerwono. Pomyślałem: „ale jazda, jacy kibice”. A tak naprawdę ten kolor wyrażał krew, męczeństwo, bo to było w Wielkim Poście – wspomina Rafał. Początkowo na wieczory przychodził, bo podobała mu się dziewczyna, która tam śpiewała (dziś już żona, Monika, która jest kierownikiem muzycznym chóru). Zaczął uczestniczyć w próbach chóru. W pewnym momencie został zaproszony na próbę grupy teatralnej, prowadzonej wtedy przez Karolinę Garlej. Miał wyrazić kilka uwag o scence o „Martwym Bogu”. – Poszedłem na próbę i... zostałem Jezusem – śmieje się. Jacek pierwszy raz zobaczył Wieczór Chwały na nagraniu, które pokazywał na katechezie salezjanin ks. Łukasz Mastalerz, wtedy duszpasterz Petroklezji. – Pomyślałem, że ja zrobiłbym to lepiej – wspomina. I tak się zaczęło. Fajnych ludzi poszukiwała tu Monika Malinowska. Wstąpiła do salezjańskiego duszpasterstwa po powrocie ze studiów z Warszawy. Dziś mówi, że poszukiwała towarzystwa, a przede wszystkim znalazła Boga.

    Uwielbienie

    To nie ludźmi i ich umiejętnościami mamy się jednak zachwycać. – My jesteśmy narzędziami – mówi Rafał. Kulminacją Wieczoru Chwały jest adoracja Najświętszego Sakramentu. W amfiteatrze wielka monstrancja wnoszona jest procesyjnie, poprzedzona szpalerem światła z niesionych łuczyw. Rzeka światła schodzi z góry w dół, na scenę. Ma to coś z liturgicznego teatru... oto nadchodzi Pan. – Staram się wtedy zatrzymać i to, co głównie czuję, to wdzięczność za wszystko, co się dzieje, za ludzi, którzy przychodzą, za to że możemy tworzyć to wydarzenie – mówi Monika. Wieczór Chwały to przede wszystkim uwielbienie Boga na różne sposoby. Większość ludzi ma z tym problem. Łatwiej prosić o coś, łatwiej dziękować, a nawet bić się w pierś i poczuć swoją małość wobec Boga. – Modlitwa uwielbienia nie jest formą szeroko praktykowaną w Kościele. Dobrze więc, że poprzez Wieczory Chwały budzi się tę świadomość, jak jest ona ważna – uważa Janek Goleniewski. W głowach uczestników zostają różne obrazy: scenki, rozkołysany chór, tancerze wyrażający gestami słowa pieśni, ale przede wszystkim widok skąpanej w świetle wielkiej monstrancji kryjącej Najświętszy Sakrament, niesionej wśród uczestników czuwania. Dla niektórych ludzi ta adoracja to punkt zwrotny w ich życiu. „Ja dosłownie na dwie, trzy minuty przed tym momentem zdążyłem wejść do kościoła, klęknąłem za ostatnią ławką, bo wszyscy akurat wtedy klęknęli, ponieważ było wystawienie Najświętszego Sakramentu. Zaczęła grać muzyka i kiedy klęczałem sobie z tyłu, kapłan zaczął od ołtarza iść w moją stronę. Gdy był w połowie drogi, zalało mnie uczucie miłości, pokoju i radości, ale było to na tyle silne i tak mocne, że po prostu rozbeczałem się jak małe dziecko. Nie byłem w stanie otworzyć oczu, nie wiem czemu. Kiedy mi się to udało, miałem taki przebłysk – tu jest Jezus. Kiedy tak podniosłem oczy, bo zasłaniałem się, żeby mnie nikt przypadkiem nie widział, kapłan stał z Najświętszym Sakramentem nade mną. Właściwie Najświętszy Sakrament był wycelowany wręcz we mnie i ja wiedziałem, że to jest Jezus” – to świadectwo Marka, jedno z wielu, jakie możemy odnaleźć na stronie internetowej Inicjatywy Wieczór Chwały.

    Owoce

    Dzieło ewangelizacyjne Petroklezji przeżywało wzloty, ale i upadki. Można powiedzieć, że oczyszczało się w ogniu różnych doświadczeń ludzi, którzy go tworzyli. Część osób odeszła, część została. – Nie budujemy na człowieku, ale na Bogu – mówią animatorzy grup. Inicjatywa trwa i wydaje owoce. Podczas jubileuszowego czuwania pod hasłem „Zjednoczeni”, odbywającego się w amfiteatrze, ks. Adam Węgrzyn SDB, obecny duszpasterz Petroklezji, wspominał o koncercie charytatywnym u św. Marcina w Gostyninie. – Osoba, która organizowała ten koncert, dowiedziała się wcześniej, że jest ciężko chora. Podczas tamtego Wieczoru Chwały modliliśmy się o dar zdrowia dla tej osoby. Okazało się, że naczyniak, który był duży i wymagał interwencji chirurgicznej, ustąpił – mówił ks. Adam. – To, co daje nam siłę do pracy przy Wieczorach Chwały, to właśnie ich owoce – przekonują animatorzy. Przytaczają historię, którą opowiadał im ich duszpasterz. Niedługo po wielkopostnym wieczorze poświęconym Bożemu miłosierdziu ze scenką o synu marnotrawnym w konfesjonale pojawił się u niego człowiek, który długo się nie spowiadał. Na wstępie powiedział: – Ja też chcę wejść przez tamte drzwi do domu Ojca... •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół