• facebook
  • rss
  • Pamiętasz wrzesień?

    ks. Włodzimierz Piętka

    |

    Gość Płocki 36/2017

    dodane 07.09.2017 00:00

    Rany, ofiary i Opatrzność, która przeprowadziła nas przez mroki wojny, we wspomnieniach następcy arcybiskupa męczennika.

    Niedawno ukazały się drukiem wspomnienia bp. Tadeusza Pawła Zakrzewskiego, biskupa płockiego w latach 1946–1961. Wchodzą one w skład bogatych zbiorów Archiwum Diecezjalnego w Płocku. Przez lata były przechowywane w archiwach kościelnych w maszynopisie i tylko nieliczni mieli do nich dostęp. Teraz, dzięki zapobiegliwości dwóch historyków, ks. prof. Michała Grzybowskiego i dr hab. Leszka Zygnera, ukazały się one jako wydawnictwo jubileuszowe, na 15-lecie istnienia Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Ciechanowie.

    – Biskup Zakrzewski, którego znałem osobiście, obdarzony był doskonałą pamięcią i ogromną wiedzą, zwłaszcza historyczną. Odznaczał się nadto niezwykłą dobrocią i uczuciowością, która była widoczna w różnych momentach jego życia i która powodowała, że w obcowaniu z nim czuło się ojcowską i pasterską troskę – wspomina ks. prof. Grzybowski.

    Początek apokalipsy

    „Piszę te wspomnienia co prawda dla siebie, a pisząc, powtórnie je przeżywam” – wyznał pod koniec życia biskup Zakrzewski. Otwórzmy więc je na 1939 r., aby zobaczyć kampanię wrześniową jego oczami...

    Był wtedy biskupem pomocniczym w Łomży. Ponieważ przeczuwano nieuchronny wybuch wojny, w kurii łomżyńskiej postanowiono, że na wypadek działań wojennych biskup ordynariusz Stanisław Kostka Łukomski pozostanie w Łomży, a biskup Zakrzewski uda się na drugi koniec diecezji, do Nuru n. Bugiem.

    1 września zastał go w Warszawie, gdzie miał spotkanie z nuncjuszem apostolskim w Polsce, abp. Cortesim. Był więc świadkiem pierwszych nalotów bombowych na stolicę. Uciążliwa była też jego droga powrotna z Warszawy: najpierw taksówką, potem koniem i autobusem, wreszcie pieszo.

    Biskup przeżył dwukrotnie rozpoczęcie wojny: najpierw agresję Niemiec na Polskę, a później Sowietów. Mówił po niemiecku, dlatego gdy na plebanii w Nurze pojawili się esesmani, rozmawiał z nimi. To oni powiedzieli mu o zawartej umowie między Hitlerem a Stalinem i że linia demarkacyjna pójdzie właśnie przez teren diecezji łomżyńskiej. „Korzystam z ludzkiego podejścia rozmówców i pytam się jednego z nich, z jakiej części Niemiec pochodzi. A odpowiedź jego warta zanotowania: »Ja właściwie nie pochodzę z Niemców. Mój ojciec był carskim oficerem, ale naturalnie wychowany jestem w Berlinie i teraz ja jestem Niemcem i biorę udział w okupowaniu zdobytego terenu w Polsce«. Czyli że wychowany przez Niemców, był już przeznaczony na tereny Polski i wschodu”.

    Potem przyszli Sowieci. „Debiut swój rozpoczęli, że wpadli do proboszczowskiej stajni i zabrali dwa konie. Potem odbyły się »wizyty« na plebanii. Zaraz pierwszą z nich opiszę. Siedziałem za stołem, tak że przed sobą miałem dwoje drzwi: od korytarza i od sypialni proboszcza. W pewnej chwili w każdych drzwiach zjawiają się twarze kałmuckie: jeden z naganem, a drugi z karabinem wycelowanym. Jeden zbliża się i żąda zegarka. Podsuwam mu rękę i powiadam: »Weź sobie«. »Czemu nie złoty?« – pyta. – »Bo go nie mam«. Więc ściąga zegarek, a potem staje naprzeciw i odbezpiecza karabin: »Mogę cię zastrzelić«. Na to ja do niego: »A może zjesz jabłko? (leżące na stole)«. On: »Nie potrzebujesz mi dawać, sam sobie mogę wziąć«”. Dalej biskup opisuje, że zabrali mu wszystko, nawet koloratki. Zostawili jedynie brewiarz, Listy św. Pawła i ryngraf Matki Bożej Częstochowskiej.

    Wkrótce biskupowi Zakrzewskiemu udało się przedostać do części diecezji pod okupacją niemiecką, i resztę wojny spędził w Ostrowi Mazowieckiej.

    W poranionej katedrze

    O tym, że otrzyma diecezję płocką, biskup Zakrzewski dowiedział się w dzień Matki Bożej Bolesnej, w kwietniu 1946 r., bo w dawnym kalendarzu liturgicznym wspomnienie to wypadało w piątek przed Niedzielą Palmową. „I tak wstępowałem w nowy okres życia. Miałem lat 63, w kapłaństwie byłem lat 40, a w biskupstwie dobiegał rok ósmy... Czułem się na siłach i pragnąłem dać z siebie wszystko, co mogłem. Bo zdawałem sobie sprawę, że czekają mnie niemałe trudy i prace, i wielka odpowiedzialność przed Bogiem i przed ludźmi. Miałem bowiem objąć jedną z najczcigodniejszych diecezji w Polsce, mających świetną tradycję wiekową, a ostatnio opromienioną męczeńską śmiercią poprzednika śp. abp. No- wowiejskiego” – pisał bp Zakrzewski we wspomnieniach.

    Gdy przybył do Płocka, praktycznie nie miał gdzie zamieszkać. Dom biskupi był pusty, bo najpierw Niemcy wszystko rozgrabili, a co pozostało, „rozebrali wdzięczni diecezjanie”. Dopiero po siedmiu miesiącach, na Boże Narodzenie 1946 r., biskup Zakrzewski mógł odbyć ingres do swojej katedry, dokonać obrzędu rekoncyliacji świątyni, konsekracji jej ołtarzy i odprawić Mszę św.

    Ks. prof. Michał Marian Grzybowski opracował wykaz kościołów, które zostały zamknięte bądź zamienione na obiekty innego przeznaczenia albo zburzone w czasie wojny. Dziś, gdy nasze świątynie pięknieją, tamtych ran już się nie pamięta. Były one jednak często materialnym śladem ran o wiele większych i boleśniejszych, bo tylu przecież duchownych i świeckich cierpiało i ginęło. Już na pierwszy rzut oka przy wielu parafiach podanych niżej powtarza się ta sama data: „7 marca 1941 r.” i stwierdzenie: „kościół zamknięty”. Wtedy abp Nowowiejski i bp Wetmański wraz z grupą księży z ówczesnego powiatu płockiego zostali wywiezieni do obozu koncentracyjnego w Działdowie, a świątynie, właśnie zamknięto. W ten smutny bilans z lat 1939–1945 zostały włączone świątynie, które wówczas należały do diecezji płockiej.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół