• facebook
  • rss
  • Od munduru do sutanny

    ks. Włodzimierz Piętka

    |

    Gość Płocki 27/2017

    dodane 06.07.2017 00:00

    Poszli do seminarium, bo myśleli o kapłaństwie, lecz po kilku miesiącach zostali przymusowo wcieleni do wojska, do specjalnej jednostki, która miała ich wręcz „przeczołgać” i złamać. Gdy tę polską historię powołania z czasów PRL usłyszały siostry zakonne z Włoch, krzyknęły: „To prawdziwi męczennicy!”.

    Są to historie, których dziś wielu nie zrozumie bez poznania historycznej podszewki PRL-u. W tych miesiącach znajdują one szczęśliwe dopełnienie w awansach oficerskich byłych kleryków przymusowo wcielonych do wojska. W czasie jednej z ostatnich takich promocji wzięli udział dwaj księża z naszej diecezji – Tadeusz Kozłowski i Ireneusz Mroczkowski. I wtedy ożyły na nowo wspomnienia...

    Dlaczego ja?

    – Byłem na II roku seminarium. Szedłem do wojska w 1968 r., do Bartoszyc. Szedłem, nie wiedząc dlaczego. Później dopiero dowiedziałem się, że byłem ofiarą układów i polityki władz komunistycznych wobec Kościoła. Z mojego rocznika w seminarium bilety do wojska otrzymało 23 kleryków; w końcu poszliśmy tylko w pięciu. I znowu nie wiedziałem, dlaczego ja – wspomina tamten czas ks. prof. Mroczkowski. Ks. Tadeusz Kozłowski wstąpił do seminarium w 1975 roku. – Nie myślałem, że może się to wiązać z ryzykiem wcielenia do służby wojskowej już na I roku. Ale miałem świadomość, że mój dom rodzinny był patriotyczny: ojciec był zawsze na cenzurowanym jako żołnierz wyklęty, a wszyscy moi bracia byli wcielani do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Ja sądziłem, że skoro podejmuję studia, to służba ta będzie odroczona. Ale już pod koniec września 1975 r. mój brat bliźniak przysłał list, abym się z nim pożegnał, bo idzie do jednostki w Grudziądzu. Nie wiedziałem, że następnego dnia sam dostanę podobne wezwanie. Do wojska szedłem z przekonaniem jakiejś wielkiej krzywdy, bo spośród wielu naznaczonych z mojego rocznika poszedłem tylko ja i mój kolega, Jan Peła, dziś proboszcz w Rościszewie. Byłem przekonany, że za tą decyzją stała patriotyczna przeszłość mojego ojca – wspomina dziś ks. Tadeusz Kozłowski, oficjał Sądu Biskupiego Płockiego. Księża wspominają, jak szczególne było wtedy pożegnanie kleryków i odprowadzanie ich na płocki dworzec kolejowy. – Szło całe seminarium, ponad 100 osób w sutannach, szli księża profesorowie. Pamiętam, to było przed północą. Odprowadzało nas całe seminarium, śpiewano pieśni patriotyczne. Ksiądz rektor Molski płakał, a kto go znał, wie, że nie był to człowiek skory do rozczulania się i łez – wspomina ks. Mroczkowski. – Jechałem, ale bez tak wyraźnego kontekstu politycznego jak ks. Tadeusz. Traktowałem to doświadczenie jako okres próby życiowej. Chciałem się sprawdzić po Niższym Seminarium Duchownym, czy mam powołanie, chciałem dojrzeć, i tak właśnie traktowałem pójście do wojska, jako próbę mojego powołania – wyjaśnia swoje motywacje ks. Mroczkowski. – Seminarium pokochałem od początku, dlatego gdy przyszło wezwanie do wojska, poczułem się jak człowiek z łapanki, skrzywdzony, któremu nikt nie może pomóc. Jechałem więc z bólem do Brzegu n. Odrą. Tam służyłem przez dwa pełne lata – wspomina ks. Kozłowski.

    Dwa lata „suchych Mszy”

    Istniały trzy jednostki kleryckie: w Bartoszycach, Brzegu n. Odrą i Szczecinie. Nie były one włączone do struktur miejscowych garnizonów, ale bezpośrednio podlegały Generalnemu Zarządowi Politycznemu Wojska Polskiego. – Chciano nas przede wszystkim indoktrynować, złamać i zrobić z nas w przyszłości księży patriotów. Co ciekawe, tylko nieliczni poszli na współpracę, z drugiej strony jednak, chyba jedna czwarta po powrocie do seminarium opuściła je. Na szczęście, tej dezercji nie dokonali w jednostce kleryckiej, ale dopiero później, gdy wrócili do seminarium. Doświadczenie wojska było dla nich jakimś przesileniem i wejściem w radykalizm, z którym już w seminarium nie potrafili sobie poradzić – mówi ks. Mroczkowski. Oprócz indoktrynacji i wielogodzinnych szkoleń politycznych, narzucano przesadną musztrę i ciężką pracę. – Bolało mnie, że w jednostce nie ufano nam, bo uważano nas za potencjalnych zdrajców. Twierdzono, że nie znamy pracy, dlatego kierowano nas do bezsensownych prac na poligonach czy w czasie żniw do wielkich pegeerów – dodaje ks. Mroczkowski. Również dobór kadry w kleryckich jednostkach nie był przypadkowy, bo byli to najbardziej zagorzali ateiści. – Wiedzieliśmy, że w jedności możemy coś osiągnąć. Organizowaliśmy więc głodówki. Ale co ciekawe, im więcej nas prześladowano, tym większą byliśmy jednością, tym trudniej było nas złamać. To dlatego z wojska wyszliśmy mocniejsi i bardziej zjednoczeni – ocenia ks. Kozłowski. Żołnierze z innych kompanii nazywali ich: „świętymi” albo „bogami”. – Oni patrzyli na nas z szacunkiem, bo tu nie było mowy, aby kląć czy pić alkohol. Gdy była niedziela, to u nas było święto. Wtedy organizowaliśmy „suche Msze”: jeden z nas czytał teksty mszalne, jak w kościele, inni odpowiadali i przyjmowali postawy jak w kościele. Od rana, od pobudki była modlitwa, ktoś zaczynał ją głośno, choć oczywiście było to zabronione. W tych praktykach przeszkadzali kapusie, obecni na każdej sali kleryków żołnierzy – opowiadają księża. Jak zauważają, Kościół w Polsce zdał egzamin w tej trudnej sytuacji: w każdej parafii, na terenie której znajdowała się jednostka klerycka, był ksiądz opiekun, który spowiadał, organizował życie religijne i dbał o dyscyplinę. – Moją siłą była siła jedności. Wiem, że im bardziej mojego ojca bito na przesłuchaniach i torturach, tym bardziej się stawiał. Ja podobnie buntowałem się i przez to z pewnością więcej cierpiałem – wspomina ks. Tadeusz Kozłowski.

    Zły prorok i sprawiedliwość

    Z Bartoszyc ks. Mroczkowski wyniósł pewną niepokojącą go myśl. Zapamiętał, jak jeden z poruczników, Nikołajuk, kiedyś próbował indoktrynować młodych kleryków: „Ja wam się dziwię, że chcecie zostać księżmi. Przecież będziecie się frustrować, bo za kilka lat przed konfesjonałami nie będziecie mieli »klientów«” – tak zapamiętał jego słowa ks. Mroczkowski. – Ja się tym przejąłem, ale to były dobre wątpliwości, które ostatecznie wzmocniły mnie w powołaniu, a przepowiednia tego podporucznika nie spełniła się, bo nie czuję się ani sfrustrowany, ani niepotrzebny. Ale taki właśnie był nurt indoktrynacji, którym w nas uderzano – opowiada ks. profesor. – Minęło 40, 50 lat od tamtej chwili. Dziękujemy, że przeżyliśmy tę próbę, a teraz mogliśmy odebrać patent oficerski. Ten akt jest wyrazem sprawiedliwości dziejowej. W tamtej strukturze nic nie otrzymaliśmy, te dwa lata ciężkiej służby się nie liczyły. Wielu z księży dostało go w ostatniej chwili życia, niektórzy przyjechali nawet z Ameryki na tę uroczystość – mówią księża. Jak zwracają uwagę, najtrudniejsza w ciągu tych dwóch lat była dla nich rozterka, oderwanie od seminarium i poczucie krzywdy. Jednak doświadczenie to umieli przekuć w coś pozytywnego. – Po latach zacząłem patrzeć na to pozytywnie, bo mimo wszystko było w tym jakieś błogosławieństwo Boże. Dziś mam przyjaźnie wojskowe w całej Polsce i nie wyobrażam sobie mojego życia bez tych dwóch lat – mówi ks. T. Kozłowski. – To było moje dojrzewanie do kapłaństwa. Wróciłem stamtąd umocniony. Tak działa opatrzność Boża, że choć człowiek strzela, to Pan Bóg kule nosi... – dodaje ks. Mroczkowski. Zgodnie podkreślają, że przyznanie im patentów oficerskich jest dopełnieniem sprawiedliwości dziejowej. Zapamiętali dobrze słowa min. Antoniego Macierewicza, które powiedział, wręczając im akt podpisany przez prezydenta Andrzeja Dudę. – Gratuluję wierności, wytrwałości, i że ksiądz został księdzem – usłyszał ks. Mroczkowski. – Ojciec cieszyłby się taką uroczystością syna – powiedział do ks. Kozłowskiego, nie wiedząc, że jego ojciec był żołnierzem wyklętym, więzionym m.in. we Wronkach. – Jeszcze bardziej cieszy mnie inny fakt, że przed przyznaniem patentów oficerskich, na polecenie ministra obrony RP skrupulatnie nas zlustrowano: zarówno okres pobytu w wojsku, czasy seminaryjne, jak i okres życia kapłańskiego po dzień dzisiejszy. To daje mi dodatkowy powód do satysfakcji – uważa ks. prof. Mroczkowski. W czasach komunistycznych kilkunastu księży naszej diecezji było zmuszonych do przerwania studiów seminaryjnych i zostało wcielonych do wojska, wśród nich także bp Piotr Libera.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół