• facebook
  • rss
  • Tutaj byłem

    Wojciech Ostrowski


    |

    Gość Płocki 19/2016

    dodane 05.05.2016 00:00

    – Gdy odbywały się uroczystości
1050. rocznicy chrztu Polski, zrodziła się we mnie taka wewnętrzna refleksja,
że przecież także jubileusz mojego chrztu się zbliża – mówi Adam Przepałkowski, który przybył z pielgrzymką
do Przasnysza, gdzie przed 78 laty został ochrzczony.

    Jest w człowieku zaklęty jakiś sentyment, który każe powracać do tych dawnych miejsc – uważa pan Adam. – Nie chcę, żeby wyszło, iż jestem lepszy od innych, ale po prostu otrzymałem bardzo silny impuls wewnętrzny, że tak mam zrobić. Coś mnie natchnęło. Trudno to wyjaśnić, ale raczej wiadomo, o co chodzi i od kogo ten impuls.


    W kościele
św. Stanisława Kostki


    W Przasnyszu jego ojciec, Zygmunt Młot-Przepałkowski, był starostą przed II wojną światową. Pan Adam i jego młodsza siostra Jadwiga zostali ochrzczeni w 1938 r. w kościele farnym. Nie wiadomo, dlaczego rodzice czekali, aż ich dzieci będą miały po niespełna cztery i trzy lata.
Pan Adam zwraca uwagę, jak wyjątkowymi osobami byli ich chrzestni. Jego matka chrzestna, Dobrosława Składkowska, była siostrą ostatniego premiera II Rzeczypospolitej gen. Felicjana Sławoja Składkowskiego. Zaś ojcem chrzestnym Jadwigi był płk Adam Englert, organizator archiwów wojskowych i żołnierz trzech wojen.
– Mam 82 lata i czymś godziwym jest wspomnieć swój chrzest – twierdzi pan Adam. – Mam wielką wdzięczność za ten dar, podobnie jak wszyscy w mojej rodzinie, i nawet w modlitwie codziennej wspominam o tym z dziękczynieniem. Dlatego postanowiłem wybrać się do Przasnysza. Tym bardziej, że byłem chrzczony w tak czcigodnym miejscu, gdzie ten sakrament przyjął też św. Stanisław Kostka.


    Z Przasnysza
do Katynia


    Adam Przepałkowski niewiele pamięta ze swojego dzieciństwa w Przasnyszu. Z czasu spędzonego z ojcem wspomina głównie wspólne zabawy. Jego życiorys poznawał dopiero wiele lat później z archiwów wojskowych.
Rotmistrz Zygmunt Młot-Przepałkowski służył w Legionach Józefa Piłsudskiego i walczył podczas wojny polsko-bolszewickiej. Po przejściu w stan spoczynku pracował w administracji państwowej. We wrześniu 1939 r. zmuszony był wraz rodziną opuścić Przasnysz, rozpoczynając długą wędrówkę na wschód, zakończoną na Wołyniu. Tam zabrakło im benzyny.
Po sowieckiej agresji starosta Młot-Przepałkowski został aresztowany. Jego los przez wiele lat pozostawał nieznany. Z przysłanej przez niego w lutym 1940 r. kartki rodzina dowiedziała się tylko, że jest w obozie w Kozielsku. Później nie było już żadnych wieści. Adam, jego mama, siostra i babcia znaleźli schronienie u czeskich osadników w wołyńskiej wsi Mirogoszcza.
– Pamiętam, że mogłem dobrze porozumiewać się z rówieśnikami po czesku – wspomina pan Adam. – I że w czasie wyjątkowo srogiej zimy 1939/1940 zdawało mi się, że śnieg sięga dachu.
Dzięki wysiłkom i uporowi matki oraz wielkiemu szczęściu rodzinie udało się uzyskać pozwolenie na wyjazd do Generalnego Gubernatorstwa. Po wojnie zamieszkali w Łodzi. – Przez lata całe czułem się tam jak obcy przybysz. Nie byłem pewien, czy się z tym miastem zrosnę, aż niepostrzeżenie zauważyłem, że to jest moje miasto – mówi pan Adam.
W czasach komunistycznych przeszłość kładła się bolesnym cieniem na życiu rodziny. – Był to czas, kiedy musieliśmy mieć zaciśnięte zęby i nie wolno było mówić, że ojciec był w legionach, że był starostą, a nade wszystko, że zginął w Katyniu – opowiada pan Adam.
Kiedy podczas studiów zainteresowała się nim informacja wojskowa, zdecydował się usunąć sprzed nazwiska przydomek „Młot”, który prowokował do wspomnień o legionach i o przeszłości, na którą niechętnie patrzyła PRL-owska władza. Teraz, w niepodległej Polsce, propaguje pamięć ojca i jego towarzyszy broni, działając w Związku Legionistów Polskich i Ich Rodzin, którego jest prezesem.


    Przebaczyłem
i tak już pozostanie


    Matka aż do śmierci nie straciła nadziei na powrót męża. – Zawsze rozsądek walczy z nadzieją. Rozsądek podpowiadał, że pewnie nie ma na co liczyć, bo gdyby żył, pojawiłaby się jakaś wiadomość. Wszystko świadczyło o tym, 
że musiał zginąć. Ale nadzieja umiera ostatnia: a może wbrew wszystkiemu któregoś dnia zapuka do drzwi? – wspomina pan Adam.
O tym, że Zygmunt zginął od sowieckiej kuli w Katyniu, rodzina dowiedziała się dopiero po 50 latach z dokumentów przekazanych polskim władzom przez Michaiła Gorbaczowa. Pan Adam przypuszcza, że ojciec został zamordowany jako jeden z pierwszych, bo w 1920 r. zajmował się zwalczaniem sowieckich szpiegów i dywersantów.
Dawno już przebaczył sprawcom zbrodni. – Zawsze będę pamiętał o tym, co się stało, ale nie czuję nienawiści do tych, którzy tę zbrodnię popełnili, tylko wielkie współczucie. Tym bardziej, że wiem, jak wszyscy ci mordercy skończyli: albo zwariowali, albo w jakichś fizycznych czy psychicznych cierpieniach zeszli z tego świata, nie mogąc sobie dać rady z samymi sobą. I to już jest dla nich pewna Boża kara za to wszystko. Jednym słowem: przebaczyłem i tak już pozostanie – podkreśla pan Adam.
W Przasnyszu starostę Młot-Przepałkowskiego upamiętnia nazwana jego imieniem ulica. Jego nazwisko widnieje także w mauzoleum na cmentarzu parafialnym wśród nazwisk kilkunastu innych nazwisk przasnyszan zamordowanych w Katyniu.
Ostatni starosta przasnyski, któremu przyszło sprawować urząd w niełatwych czasach, zapisał się jako stanowczy, dystyngowany i sprawny administrator o typowych cechach oficera.
– Ojciec gorliwie walczył o Polskę w różnych formacjach wojskowych – mówi Adam Przepałkowski. – Później, gdy pracował w administracji państwowej, wykonywał swoje obowiązki najlepiej, jak umiał. Trudno mi to oceniać, bo nie mam do tego żadnej podstawy. Ze strzępów tego, co usłyszałem od ludzi, którzy go wspominali, wiem, że miał zawsze wiele życzliwości. Zawsze same dobre rzeczy o ojcu opowiadali. Nigdy nie słyszałem nic negatywnego. Ojciec miał trochę gwałtowny charakter, ale wybuchał i potem gasł. A jeżeli nawet kogoś uraził, to potem przepraszał.


    W miejscu, gdzie wszystko się otrzymało


    – To była dla mnie radosna niespodzianka, kiedy dowiedziałem się, że jest taki człowiek, który po 78 latach, w roku 1050. rocznicy chrztu Polski, chce przyjechać i pokłonić się przy tej chrzcielnicy, gdzie został kiedyś przedstawiony Kościołowi – mówi ks. Andrzej Maciejewski, proboszcz parafii św. Wojciecha. – Bardzo poruszyły mnie również jego wspomnienia.
Podczas niezwykłej pielgrzymki panu Adamowi towarzyszył syn Michał. – Cieszę się, że mogłem przyjechać tu razem z ojcem. Chrztom rodziców zawdzięczam przecież to, że ja także zostałem później ochrzczony – mówi pan Michał.
– Dotykam tu pewnych śladów dzieciństwa, mojej przeszłości, bardzo głęboko wrośniętej w Polskę, choćby związanej z rodem Kostków i z czcigodnością tej świątyni z XV wieku. To mnie bardzo wzrusza – mówił po wyjściu z kościoła pielgrzym z Łodzi. – Jadę pełen radości, że tutaj byłem. Więcej otrzymałem niż się spodziewałem.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół