• facebook
  • rss
  • Zaciągnęły się... dla Jezusa

    Agnieszka Otłowska

    |

    Gość Płocki 50/2015

    dodane 10.12.2015 00:00

    Choć powołanie rzuciło je na koniec świata, dziś pracują w nowej parafii w Modlinie Twierdzy. Noszą szare habity i mieszkają nie w klasztorze, ale w bloku, zawsze blisko ludzi.

    Co ciekawe, siostry nie mają typowego domu zakonnego. Mieszkają w sąsiedztwie innych ludzi, np. na blokowym osiedlu w Modlinie Twierdzy, w nowej parafii św. Barbary. Pracują tu we dwie, ale swoim entuzjazmem i siłą zaangażowania głoszą Ewangelię wszędzie tam, gdzie dotrą.

    Wielkie marzenia i zakon

    – Bardzo chciałam być misjonarką i szukałam drogi powołania. Wtedy spotkałam klaretynów na pieszej pielgrzymce wrocławskiej na Jasną Górę – wspomina s. Bogusława Woźniak. – Ale rozeznawanie drogi życiowej trwało kolejne dwa, trzy lata. Dowiedziałam się, że istnieje zgromadzenie misjonarek klaretynek, ale aż w Rzymie. Był to rok 1987. Z moją koleżanką Jolą wyjechałyśmy do Rzymu i tam wstąpiłyśmy do sióstr. Spotkałyśmy tam tylko dwie Polki. Potem pojawiały się kolejne powołania i nasze zgromadzenie rozrastało się.

    – Chciałam być wolontariuszką, sanitariuszką, zwyczajnie służyć ludziom – mówi s. Ewa Grzegorczyn. – Działałam w harcerstwie, w drużynie. Szukałam takiego towarzystwa, gdzie życie ma jakąś pasję i zaangażowanie. To było takie moje odpowiadanie na tę tęsknotę, która gdzieś się we mnie kryła.

    W 1990 r. powstała pierwsza placówka w Polsce, dom w Rembertowie. Ich charyzmat nastawiony jest przede wszystkim na ewangelizację. – Mamy głosić dobroć i miłość Boga, Jego przebaczenie, zbawienie wszystkim ludziom. Nasi założyciele mówili, że do tego celu mamy używać wszelkich możliwych środków i sposobów – mówi s. Bogusława. A więc można spotkać siostry, które pracują w szkole, prowadzą rekolekcje, są lekarzami czy organistkami.

    Nakarm i naucz

    – Kiedy wstąpiłam do zgromadzenia, byłam już zafascynowana Indiami. Od zawsze chciałam wyjechać tam na misje – uśmiecha się s. Bogusia. Ale siostry nie miały tam żadnej placówki. Wydawało się więc, że marzenie to się nie spełni. Minęło trochę czasu i pewnego razu siostra dostała od przełożonych propozycję wyjazdu właśnie do Indii. Wyjechała w sierpniu 2001 roku i pracowała tam przez 13 lat wśród najuboższych i dzieci ze slumsów. – Wielkim problemem jest tam niedożywienie i brak edukacji. Wiele z tych dzieci po skończeniu V klasy idzie do pracy, czyli zbiera butelki i śmieci – wyjaśnia siostra.

    Aby pomóc tym najmłodszym, udzielały korepetycji i organizowały posiłek. – Gdy wybrałyśmy 20 najuboższych dzieci, przychodziło 50 potrzebujących. Miałyśmy problem, bo trudno było powiedzieć pozostałym: „Ciebie nie przyjmiemy”. A po tygodniu było ich już 70. Jedzenie było mocną motywacją dla wielu, aby przyjść na korepetycje do sióstr – wspomina s. Bogusława.

    Z czasem to się tak rozwinęło, że stało się systematycznym programem edukacyjnym i żywieniowym. – Płaciliśmy również za szkołę, fundowałyśmy książki, mundurki, lekarstwa dla dzieci, które były chore na gruźlicę, malarię, febrę, czasem również i dla ich rodziców. Myślę, że Pan Bóg postawił przed nami taki problem, z którym musiałyśmy sobie poradzić dzięki Jego łasce – zaznacza s. Bogusława.

    Niektóre z dzieci po skończeniu szkoły i uniwersytetu kontynuowały dzieło sióstr. – Pamiętam, jak pewien chłopiec, którego rodzice są braminami, skończył studia i założył centrum u siebie w domu – opowiada s. Bogusława. – On też zaczął przyjmować dzieci, z takim samym systemem jak nasz. Jasełka na Boże Narodzenie, co miesiąc organizował urodziny dla dzieci. Pamiętam, jak zapytałam go: „Dlaczego ty to robisz?”. Powiedział mi wtedy: „Siostro, wasz dom jest dla mnie najlepszym wspomnieniem mojego dzieciństwa. To tam spędziłem najpiękniejsze chwile. Dostałem swoją szansę od Pana Boga i chciałbym tę szansę przekazać innym. Wydaje mi się, że tego samego Bóg ode mnie wymaga. A ja mogę się tylko odwdzięczyć tym, że ten dar mogę dawać innym, aby inne dzieci miały swoje szanse”. Dlatego myślę, że warto po usłyszeniu takich słów męczyć się tyle lat – mówi z uśmiechem s. Bogusława.

    Być i słuchać

    – Dla mnie szkołą misyjną była Argentyna. Miałam tam wspaniałych mistrzów: o. Ricardo i s. Anę, którzy pracowali od lat w tym środowisku. Gdy na początku pytałam: „Co mam robić?”, słyszałam krótką odpowiedź: „Masz być i słuchać” – opowiada s. Ewa. – Tam do wielu parafii wędrowaliśmy po górach z plecakiem bądź pokonywaliśmy długie kilometry na mule. Niektóre z tych miejscowości były zupełnie odcięte od świata. Wciąż czuję, że najważniejsze jest to, aby tym ludziom, nawet z końca świata, nie brakowało chleba słowa Bożego.

    Zgromadzenie Sióstr Maryi Niepokalanej Misjonarek Klaretynek zostało założone w 1855 r. na Kubie przez św. Antoniego Marię Klareta oraz m. Marię Antonię Paris. Z biegiem lat zgromadzenie poszerzyło swoją działalność na inne kraje. Obecnie swoje palcówki misyjne posiadają w 27 krajach. W pracy misyjnej bezpośrednio odpowiadają na wezwanie swego założyciela, św. Antoniego Marii Klareta, który powtarzał, by trudzić się po to, „aby Bóg był znany i kochany przez wszystkich ludzi”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół