• facebook
  • rss
  • Już jest moja!

    Wojciech Ostrowski

    |

    Gość Płocki 37/2015

    dodane 10.09.2015 00:00

    Zdobyć medal na igrzyskach olimpijskich to pragnienie każdego sportowca. Ale stanąć na najwyższym podium cztery razy z rzędu – to przeżycie, które wykracza poza najśmielsze marzenia. Ale... nie poza możliwości.

    Udowodniła to niedawno Jolanta Piskorska z Przasnysza. Ale nie sprawia wrażenia kogoś, kto odniósł tak spektakularny sukces. Wręcz przeciwnie, jest skromna i o swoim zwycięstwie opowiada nieśmiało. W tym roku Jola uczestniczyła w 14. Światowych Letnich Igrzyskach Olimpiad Specjalnych w Los Angeles, gdzie zdobyła cztery złote medale w trójboju siłowym.

    Zwyciężyła we wszystkich trzech wchodzących w jego skład dyscyplinach: przysiadzie ze sztangą, wyciskaniu w pozycji leżącej oraz martwym ciągu, czyli podnoszeniu sztangi z podłogi na wysokość ud poprzez wyprost tułowia i nóg przy zachowaniu prostych ramion. Dzięki temu zapewniła sobie także medal za cały trójbój. Jolanta Piskorska jest pensjonariuszką przasnyskiego Domu Pomocy Społecznej dla Dorosłych Niepełnosprawnych Intelektualnie. Tu ujawniły się jej sportowe talenty. Interesuje się różnymi dyscyplinami, od lekkoatletyki po hokej. Lubi także warcaby, w których odnosi sukcesy na turniejach. Szukając najodpowiedniejszej dla siebie dyscypliny, zwróciła uwagę na sporty siłowe. W 2005 r. na Europejskich Igrzyskach w Czechach zdobyła złoty medal w pchnięciu kulą i brązowy w skoku w dal. Trójbój siłowy nie od razu przypadł jej do gustu. Przekonywała się do niego stopniowo, uczestnicząc w zajęciach prowadzonych przez trenera Grzegorza Osińskiego. Z czasem polubiła tę dyscyplinę, a systematyczna praca podczas treningów zaczęła przynosić wyniki. Pojawiły się sukcesy na zawodach wojewódzkich i ogólnopolskich. – Najważniejsze są systematyczne treningi, około trzech razy w tygodniu, od półtorej godziny do dwóch godzin. Przed zawodami liczba treningów wzrasta do czterech, ale istotne jest to, żeby nie dopuścić do przetrenowania, wszystko należy robić z głową i umiarem – wyjaśnia trener medalistki. Wielką radością było już samo zakwalifikowanie się na igrzyska w Los Angeles. Wśród 60 zawodników reprezentujących Polskę Jolanta Piskorska była jedyną przedstawicielką województwa mazowieckiego. Przed olimpiadą nie spodziewała się, że może odnieść aż tak wielki sukces. – Dobrze byłoby wrócić do Polski z jakimś medalem – mówiła wtedy nieśmiało. Igrzyska w Los Angeles zrobiły na niej i innych uczestnikach ogromne wrażenie. Nie bez powodu okrzyknięto je w tym roku największą taką imprezą na świecie. 7 tysięcy zawodników ze 177 krajów, 30 tys. wolontariuszy oraz pół miliona widzów – już same te liczby mówią wiele. Wszystko było zorganizowane i prowadzone w typowo amerykański sposób, czyli z wielkim rozmachem, zabawą i luzem. Zawodnikom ani razu nie dano odczuć ich niepełnosprawności. Hale i stadiony sportowe były pełne widzów, którzy bardzo głośno dopingowali wszystkich sportowców. W ceremonii otwarcia igrzysk na jednym z największych stadionów świata, Los Angeles Memorial Coliseum, uczestniczyła żona prezydenta Stanów Zjednoczonych Michelle Obama. Goszczące ich miasto Chino Valley w Arizonie zapewniało m.in. spotkania z Polonią, a także zwiedzanie ciekawych miejsc, takich jak Hollywood, Beverly Hills oraz plaża w Santa Monica, która Joli szczególnie przypadła do gustu. Jedyne, co nie odpowiadało naszej zawodniczce, to... amerykańska kuchnia. Podczas pobytu za oceanem bardzo brakowało jej tradycyjnych polskich potraw. Pod dużym wrażeniem organizacji i amerykańskiej gościnności jest trener Grzegorz Osiński, który towarzyszył swojej podopiecznej. Podkreśla też znaczenie organizowanych przez Ruch Olimpiad Specjalnych imprez sportowych. – Przy tej okazji nawiązują się liczne przyjaźnie, co wspaniale widać podczas kolejnych zawodów, kiedy zawodnicy rozpoznają i z radością witają poznanych wcześniej kolegów – mówi G. Osiński. Ale najważniejszy był oczywiście ten dzień, kiedy Jola startowała. Jak wspomina, wchodząc i patrząc na ważącą z obciążeniem ponad 130 kg sztangę, pomyślała: „Jak ją tylko uniosę, to jest już moja”. I tak rzeczywiście się stało. – Moimi przeciwniczkami były silniejsze ode mnie zawodniczki, ale to ja tym razem wygrałam – mówi czterokrotna złota medalistka. Ale pod koniec olimpiady zaczynała już powoli tęsknić za krajem. Po powrocie do Przasnysza społeczność DPS zgotowała swojej bohaterce królewskie przyjęcie. Wszyscy gorąco kibicowali Joli, z nadzieją czekając na wyniki trójboju siłowego. Swoim sukcesem pokazała, że każdy, jeśli tylko bardzo tego pragnie, może poczuć smak zwycięstwa w sportowej rywalizacji. Nawet osoba niepełnosprawna. Do sukcesu Joli walnie przyczyniło się spore grono osób: dyrekcja przasnyskiego DPS-u, pracownicy socjalni – Małgorzata Szelkowska, Iwona Suchołbiak, Magdalena Urban oraz Jacek Jakubiak, który udzielał cennych konsultacji rehabilitacyjnych.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół