• facebook
  • rss
  • Odpowiedzialni za swój dom

    Agnieszka Małecka:

    |

    Gość Płocki 25/2015

    dodane 18.06.2015 00:00

    Dlaczego warto chodzić na walne zgromadzenia mieszkańców wyjaśnia Tadeusz Borowicki, prezes zarządu Mazowieckiego Stowarzyszenia Obrony Praw Lokatorów i Spółdzielców „Nasz Dom” w Płocku, w rozmowie z Agnieszką Małecką.

    Agnieszka Małecka: Mieszkanie spółdzielcze to w większości nasza rzeczywistość. Jakie kompetencje ma tzw. walne zgromadzenie członków spółdzielni, które odbywa się zwykle w czerwcu?

    Tadeusz Borowicki: Warto przypomnieć na początek, że walne zgromadzenie, które jest instytucją gwarantowaną przez prawo spółdzielcze, stanowi najwyższą władzę w spółdzielni. Przy czym to zgromadzenie istnieje raz na rok, więc jest to najwyższa władza, ale w trakcie jego trwania. To członkowie spółdzielni stanowią zatem najwyższą władzę, pod warunkiem, że są obecni na walnym zgromadzeniu.

    Do jego kompetencji należy wiele rzeczy, m.in. wszystkie sprawy merytoryczne życia spółdzielni, czyli rozpatrywanie rocznych sprawozdań rady nadzorczej, podsumowanie i rozliczenie działań zarządu, zatwierdzenie sprawozdania finansowego. Ponadto wszystkie decyzje majątkowe, na przykład o podziale nadwyżki finansowej za ogrzewanie czy za wodę, o kredytach np. na ocieplenie budynku. Na walnym zgromadzeniu decydujemy również o tym, co ma być na naszym podwórku: czy robimy plac zabaw dla dzieci, czy budujemy inny obiekt sportowy, czy może parking. Finalizujemy to uchwaleniem statutu spółdzielni, który reguluje wszystkie te rzeczy, których ustawodawca nie przewidział w ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych. A zarządowi już potem nie wolno niczego zmieniać.

    Innymi słowy, jesteśmy na „walnym”, to decydujemy?

    Dokładnie tak. Ta najwyższa władza trwa w trakcie zgromadzenia. Nie jest na co dzień, więc kto nie był na walnym zgromadzeniu, na co dzień nie decyduje. Na co dzień to prawo podmiotowe członków jest rozproszone i pojedynczy człowiek niczego nie zmieni. Nie może pójść do prezesa spółdzielni i żądać czegoś, co nie było przyjęte uchwałą na zgromadzeniu. W związku z tym, żeby na co dzień było dobrze, to spółdzielcy muszą być na walnym zgromadzeniu. Ono jest instytucją, której kompetencji nie można przekazać żadnemu innemu organowi, ani radzie nadzorczej, ani zarządowi.

    Spółdzielcy jednak jakoś wciąż nie wierzą, że mają takie narzędzie...

    Członkowie spółdzielni mówią na przykład: „nie warto chodzić, bo to i tak nic nie da, i tak niewiele się zmieni...”. To powoduje, że zarówno zarząd nie widzi potrzeby czy obowiązku kontaktowania się z mieszkańcami i członkowie też nie wierzą, że mogliby pójść na zgromadzenie i razem z zarządem coś zmienić. Gdyby członkowie uczestniczyli choćby raz na rok właśnie w takich walnych zgromadzeniach, to nie dochodziłoby do nadużyć, np. do niewypełnienia obowiązków administracyjnych członków zarządu. Nie mają uzasadnienia nasze narzekania, pretensje, przy jednoczesnej niechęci do decydowania.

    A więc mądry Polak po szkodzie?

    Ja bym to raczej określił jako brak tradycji aktywnego uczestnictwa w życiu organizacji, której jest się członkiem. To jest właśnie dziwne, bo we wszystkich innych organizacjach ludzie są czynni, chodzą na spotkania. Inaczej jest w przypadku spółdzielni mieszkaniowej. Pojęcie spółdzielni jako państwowej instytucji to oczywiście nabytek czasów PRL i pozostaje w świadomości ludzi do dzisiaj. Mimo że jest to organizacja, w której mieszkańcy są członkami i mają jako członkowie spółdzielni najwyższe prawa, to i tak traktują ten fakt, że to jakaś instytucja, która ma swoją administrację, a my to tylko „u nich” mieszkamy. Taki stereotyp skutkuje tym, że ludzie nie są aktywni na zebraniach. A przez to tracą.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół