• facebook
  • rss
  • Mazowiecki łańcuch śmierci

    Leszek Zygner

    |

    Gość Płocki 04/2015

    dodane 22.01.2015 00:00

    Tragedia rozgrywała się od 16 do 19 stycznia 1945 r., ale wciąż wywołuje bolesne wspomnienia.
Do dziś to jedna z najtragiczniejszych kart w dziejach Mazowsza okresu okupacji.

    Pierwszy akt tej tragedii rozegrał się 16 stycznia 1945 r. w Ciechanowie na dziedzińcu miejscowego ratusza oraz na podwórzu więzienia przy ul. Śląskiej. Niemcy zamordowali wówczas prawie 100 mężczyzn.

    Ocalało zaledwie kilka osób, wśród nich Tadeusz Rożnowski z Helenowa, jeden z więźniów ciechanowskiego magistratu, który tak wspominał ów wtorkowy wieczór: „Skuwano nas po dwóch. (…) Byłem w pierwszej dwójce i pierwszej dziesiątce. Na dziedzińcu kazano nam się położyć na śniegu. Pierwszemu Majdzie gestapowiec strzelił w głowę, krew strzyknęła na mnie, odwróciłem się. Moja kula trafiła w obrzeże szyi, ale żyłem. Gestapowcy strzelali do następnych, poczułem zapach krwi. (…) Potem zdejmowali kajdany i podnosili rękę do góry – jeśli opadła bezwładnie, dobrze, jeśli nie, dobijali. Ze mną było to samo. Na koniec jeszcze gestapowiec posiał po nas [z karabinu maszynowego]: trzy kule przeszyły mi prawą rękę i trzy prawą nogę”.
    Być może jeszcze tego samego wieczoru bądź dzień później – tego ciągle nie wiadomo – podobnej zbrodni dokonano w Płońsku. W urządzonym podczas wojny ogrodzie na Piaskach Niemcy zamordowali 78 więźniów z płońskiego aresztu przy ul. Warszawskiej. Spośród rozstrzelanych ustalono personalia ponad połowy osób. Ich ciała odkryto dopiero tydzień po zbrodni. Były ułożone warstwami, powiązane sznurkiem i drutem za przeguby rąk i przysypane ziemią z kompostem. Niektórzy z rozstrzelanych nie zginęli od razu. Próbowali wydostać się spod zwałów zmarzniętej ziemi, ale im się to nie udało. W miejscu zbrodni ustawiono brzozowy krzyż, potem wybudowano obelisk. Jednak pamięć o tej tragedii odżyła dopiero niedawno.
    Najprawdopodobniej ta sama grupa gestapowców, która wieczorem 16 stycznia dokonała zbrodni w Ciechanowie, pojawiła się 17 stycznia przed południem w mławskim więzieniu przy ul. Narutowicza. Przed wieczorem rozpoczęto wywożenie mławskich więźniów na podmiejską żwirownię, zwaną Kalkówką. Zamordowano tam 364 osoby, w tym również kobiety. Przeżył tylko jeden człowiek, Czesław Arabucki, który ciężko ranny, przeleżał pod zwałem trupów i tak ocalał. Gdy gestapowcy odjeżdżali w pośpiechu – słychać bowiem było z oddali zbliżający się front – była już noc. Prawie 100 rozstrzelanych nie rozpoznano, do dziś spoczywają oni w zbiorowym grobie (mauzoleum).
    Również 17 stycznia rozstrzelano około 30 osób z więzienia sądowego w Gostyninie. Zamordowano ich w lesie koło szpitala psychiatrycznego. Co najmniej dwóm osobom udało się wówczas uciec. W tym czasie dobiegała końca ewakuacja ostatnich więźniów z Przasnysza i Pułtuska. Część z nich przez Mławę, Działdowo, Rypin i Sierpc trafiła do Płocka, inni, w tym około 30 osób z więzienia w Przasnyszu, zostali rozstrzelani 21 stycznia w Starych Jabłonkach pod Ostródą.
    W czwartek 18 stycznia 1945 r. w Lasach Brwileńskich pod Płockiem hitlerowcy rozstrzelali ponad 200 więźniów z płockiego aresztu. Tego samego dnia w Sierpcu dokonali masowego mordu na więźniach przetrzymywanych w tamtejszym klasztorze benedyktynek. Natomiast w piątkowe popołudnie 19 stycznia do domu przy ul. Sienkiewicza 28 w Płocku wpędzono grupę ponad 80 więźniów przywiezionych z różnych rejonów północnego Mazowsza. Zginęło wówczas 79 osób. Wśród zabitych był między innymi ks. Tadeusz Dublewski, wicerektor płockiego seminarium duchownego. Z tragedii przy Sienkiewicza ocalały cztery osoby. Wśród nich Tadeusz Kuligowski, nauczyciel z powiatu mławskiego, który tak opisywał po latach swoje ocalenie: „Wchodzę do pokoju, gdzie widać załamany sufit, rozwaloną ścianę i dwa puste łóżka. Rozkuwają nas i każą się kłaść na sprężynową siatkę. Naiwnie wciskam głowę w zimny drut, tak jakby miało to coś pomóc. (…) Zaczynają padać strzały. Pojedyncze, suche, ostre. Teraz jakiś ranny jęczy straszliwie i woła: – »Dobijcie!«. Pada strzał i głos cichnie. Ja ciągle czekam. Zwieram teraz napiętki saperskich butów, jeszcze mocniej przyciskam do siatki, staram się nieznacznie oddychać. Drażni mnie słodkawy i mdły zapach krwi. Słyszę, jak gestapowcy coś krzyczą, ale nie mogę ich zrozumieć. (…) Silny zwrot w lewo, podnoszę się, aby rozluźnić nacisk stygnących ciał. Jeszcze raz i jeszcze raz. Powoli, z trudem wysuwam się po siatce łóżka do przodu. Nareszcie! Stoję na nogach i przez wywalony bombą otwór wychodzę na jakiś ogród”.
    Dziś nie żyje już żaden ze świadków zbrodni hitlerowskich dokonanych w ciągu owych czterech tragicznych dni. Pozostała jednak pamięć, której ożywianie jest naszym obowiązkiem, gdyż – jak czytamy na mławskim mauzoleum na Kalkówce – „narody tracąc pamięć, tracą życie”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół