• facebook
  • rss
  • Dobroczyńcy od ćwierć wieku

    Agnieszka Małecka

    |

    Gość Płocki 27/2014

    dodane 03.07.2014 00:00

    Społeczeństwo. Nie oczekują specjalnie wdzięczności. Pomagają ze zwyczajnej, ludzkiej potrzeby, a pomysłów im nie brakuje. Osoby zaangażowane w działalność Koła Miłosierdzia im. Brata Alberta w Gostyninie doczekały się jubileuszu tej grupy. Mówią z przekonaniem, że będą działać dalej, ale czekają też na młodszych członków.

    Kiedyś gostynińskie koło miłosierdzia robiło 16 paczek żywnościowych; dzisiaj organizują pomoc dla 300 rodzin. Ta wytrwała grupa charytatywna, złożona z samych pań, przetestowała niemal wszelkie rodzaje działalności: od kwest, przez loterie charytatywne, zbiórki żywności, ubrań, sponsorowanie obiadów dla dzieci, organizowanie kolonii, fundowanie stypendiów, opiekę nad chorymi i osobami niepełnosprawnymi. Koło właśnie weszło w swoje ćwierćwiecze. – To jeszcze mało – odpowiada zdecydowanie sędziwa pani Jadwiga, jego pierwsza przewodnicząca.

    Spontaniczny start

    Koło Miłosierdzia w Gostyninie przy parafii św. Marcina działa od października 1989 roku. Jadwiga Łosiowa, emerytka, nie mogła usiedzieć w domu; chciała coś robić, być potrzebna. Zaczęła sama szukać chorych, starszych, samotnych, poukrywanych w domach. – Miałam kontakt ze wszystkimi. Chodziłam i do szkół, i do opieki społecznej; szukałam. Gdy ktoś mi powiedział, że jest gdzieś osoba potrzebująca, ja szłam i sprawdzałam – opowiada dziś 94-letnia kobieta. Ta drobna, krucha starsza pani nigdy nawet nie pomyślała, że nie będzie w stanie komuś pomóc. – Mama sama wynajdowała tych potrzebujących. Całe jej życie było nastawione tylko na ludzi – wspomina jej córka Krystyna. 25 lat temu Jadwiga Łosiowa poszła więc do ówczesnego wikariusza ks. Jana Krajczyńskiego, dziś wiceoficjała Sądu Biskupiego, i powiedziała mu: „Chcę pomagać”. Dołączyły się i inne kobiety, społeczniczki. I tak zaczęła się historia tej grupy, najpierw nieformalnej, potem już ujętej w ramy statutowe. Koło otrzymało także swojego patrona. Pani Jadwiga, dawna lwowianka, ma wielką cześć dla św. Wincentego à Paulo; może dlatego, że jej mama działała w stowarzyszeniu, któremu patronował. Jednak koło w Gostyninie ostatecznie otrzymało imię naszego rodzimego świętego, brata Alberta Chmielowskiego. Już od początku nie było zbyt łatwo pomagać. Wiadomo – trudne czasy, ale i ludzkie reakcje od zawsze takie same. W opisie kwesty z lutego 1990 r., zamieszczonym w kronice koła miłosierdzia, czytamy: „Wiatr dawał się nam we znaki, musiałyśmy wielokrotnie gonić banknoty źle złożone do puszki. Najofiarniejsi byli ludzie skromnie ubrani, często emeryci, którzy już w ręku trzymali na ten cel pieniądze. (…) Mimo chłodu i czasem uszczypliwych komentarzy byłyśmy zadowolone, że udało nam się zgromadzić fundusze i przez parę miesięcy ośmioro dzieci jeść będzie ciepły obiad”. Jednak, trzeba przyznać, więcej jest w tej kronice blasków niż cieni. Sprawozdania ze zbiórek, wspomnienia z wyjazdów, rekolekcji i pielgrzymek, podziękowania ludzi, listy gratulacyjne od instytucji i wiele innych zapisków świadczących, że członkinie koła nigdy nie zasypiały gruszek w popiele.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół