• facebook
  • rss
  • Gitara i tandem do szczęścia

    Agnieszka Kocznur

    |

    Gość Płocki 32/2013

    dodane 08.08.2013 00:00

    O nadziei, marzeniach i muzycznej pasji opowiada Patrycja Malinowska, niewidoma wokalistka z Płocka, której talent oczarował publiczność i jurorów show Polsatu „Must be the music”.

    Agnieszka Kocznur: Największą popularność przyniósł Ci występ w programie telewizyjnym, gdzie m.in. Kora i kompozytor Adam Sztaba wysoko Cię oceniali. Kiedy odkryłaś w sobie talent do śpiewu?

    Patrycja Malinowska: To zamiłowanie do muzyki i sceny objawiło się bardzo wcześnie. Gdy miałam pięć lat, trafiłam do przedszkola dla niewidomych dzieci w Laskach i tam wystąpiłam pierwszy raz na festiwalu piosenki religijnej. Od tego wszystko się zaczęło. Pamiętam ten występ bardzo dobrze. Było to dla mnie ogromne przeżycie. Stanięcie na dużej scenie było dla mnie niesamowite. Wtedy trafiła do mnie nagroda publiczności. Potem chętnie grałam w różnych przedstawieniach; kiedy byłam młodsza np. Calineczkę, a gdy byłam w szóstej klasie – Pollyannę. Zawsze towarzyszy mi stres, ale staram się, żeby był motywujący, a nie niszczył tego, co sobie zaplanowałam.

    Występowałaś także przed Janem Pawłem II. Jakie to uczucie zaśpiewać dla papieża?

    Byliśmy wtedy z wycieczką dzieci niewidomych z Lasek. Wyjazd w 2003 r. organizowały nam siostry, a przeżycie było ogromne. Podczas audiencji generalnej śpiewałam wtedy fragmenty „Tryptyku rzymskiego”. Na pewno sama świadomość, że miałam okazję i wielki zaszczyt stanąć twarzą w twarz z tak znakomitym człowiekiem, było olbrzymim wyróżnieniem. Wcześniej planowałam powiedzieć wiele rzeczy papieżowi, pozdrowić od rodziców, ale zupełnie o wszystkim zapomniałam. To było tak emocjonujące spotkanie, że trudno je opisać. Pamiętam, że temperatura na dworze była wysoka, jakieś 42 stopnie gorąca, ale w moim sercu była jeszcze większa. Ono biło niesamowicie. Szczególnie wspominam ten wyjazd. Byliśmy też w Asyżu i w Padwie. Miałam przywieźć do domu pamiątkę św. Antoniego. Kupiłam figurkę i w czasie pakowania gdzieś ją zgubiłam. Nie wróciłam ze św. Antonim, ale wspomnienie, że go kupiłam, zostało.

    W czasie telewizyjnego show dałaś się poznać jako osoba radosna i pełna dystansu. Czy to jest twoja recepta na zmaganie się z rzeczywistością osoby niewidomej?

    Tak naprawdę nigdy nie miałam jakiegoś problemu z zaakceptowaniem siebie i tego, co mi się przytrafiło. W dużej mierze to zależy od środowiska, w jakim przebywa osoba niewidoma, ale także od samej osoby niewidomej. To jest takie wspólne oddziaływanie, współpraca. Staram się być sobą, to jest moja największa recepta. I staram się uśmiechać do ludzi. Myślę, że to w mniejszym czy większym stopniu działa. Oczywiście zdarzają się różne problemy, ale uważam, że nie można wszystkiego brać tak strasznie poważnie. Jak coś z mamą „przegadamy”, potem się pośmiejemy, to jest nam lepiej.

    Czyli najważniejsze to zaakceptować siebie, żeby zaakceptowali nas inni?

    Mam dużo koleżanek i kolegów, którzy starają się rozumieć mój świat i akceptować mnie taką, jaka jestem. Mam na kogo liczyć. Choćby podczas prób w zespole, gdy trwają wyczerpujące przygotowania, to nie ma problemu, żeby koleżanki po mnie przyszły czy odprowadziły po próbie. Tak jest także podczas różnych wycieczek, gdy znajomi, przyjaciele pomagają mi. Często opowiadają o tym, jak widzą różne rzeczy, których ja nie mogę dotknąć. Jestem naprawdę szczęśliwa. Gdybym powiedziała, że jest inaczej, to po prostu czułabym się z tym źle i czuję, że zrobiłabym swoim kolegom przykrość. Oni są ze mną i tak naprawdę wszyscy jesteśmy razem.

    Jakie jeszcze masz marzenia?

    Marzę, żeby spotkać papieża Franciszka. Może uda się nam wybrać z zespołem do Krakowa na Światowe Dni Młodzieży. Papież jest dla mnie wzorem, jest niesamowicie skromny i prawdziwy w tym, co robi, bardzo szczery i przede wszystkim konsekwentny. Chciałabym na to spotkanie zabrać moją mamę, żeby mi towarzyszyła i mogła doświadczyć tych pełnych emocji przeżyć. Gdyby ktoś zabronił mi śpiewać, to czułabym, że nie ma ogromnej cząstki mnie. Smutno by było, bardzo. Ostatnio moją pasją stała się też gitara. Sport to drugi mój żywioł. Staram się, jak najczęściej uczęszczać na basen, bo uwielbiam pływanie. W sferze moich marzeń jest też rower – tandem. Ma dwa siodełka, więc można zabrać kogoś widzącego i jeździć, zwiedzać. Jak marzenie o tandemie i gitarze się spełni, to będę najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół