Dobra złodziejka

ks. Włodzimierz Piętka

|

Gość Płocki 43/2021

publikacja 28.10.2021 00:00

14 października zmarła s. Helena Trętowska, służka rodem z diecezji płockiej, która zasłynęła niemal 50 lat temu akcją wykradzenia – wbrew zakazom ówczesnych władz – ikony jasnogórskiej peregrynującej po Polsce.

Za dobrym spojrzeniem, serdecznym uśmiechem i ukrytym życiem tej zakonnicy kryła się niezwykła historia. Za dobrym spojrzeniem, serdecznym uśmiechem i ukrytym życiem tej zakonnicy kryła się niezwykła historia.
Archiwum sióstr Służek

Niewiele o niej oficjalnie mówiono – była przecież zakonnicą od bł. o. Honorata Koźmińskiego, służką, bezhabitową siostrą, choć niektórzy nazwali ją „Bożą złodziejką”. Nawet w jej rodzinnej parafii niewielu dziś pamięta, że z ich stron pochodziła taka siostra zakonna...

– Była to niesamowita osoba, która w trudnym dla Polski okresie razem z s. Marią Kordos i ks. Józefem Wójcikiem z Radomia postanowiła wykraść obraz Matki Bożej Częstochowskiej, by ponownie znalazł się na szlaku peregrynacji przez Polskę – opowiadają siostry służki z Płocka. Kardynał Stefan Wyszyński wiedział o tych planach i wyraził na to zgodę. Siostra Helena pochodziła z wielodzietnej rodziny w parafii Pałuki k. Ciechanowa.

Urodziła się w 1928 roku. Do szkoły podstawowej uczęszczała w pobliskim Trętowie. Podczas II wojny światowej została wraz z bliskimi wysiedlona z rodzinnego domu i miejscowości. Po wojnie uczyła się w gimnazjum handlowym w Ciechanowie, tam też przyjęła sakrament bierzmowania. W 1949 r. zgłosiła się do Zgromadzenia Sióstr Służek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej w Płocku; wcześniej uczyniła to również jej rodzona siostra Urszula. Pierwsze śluby złożyła w 1952 roku.

Pracowała jako katechetka m.in. w Jeżewie, Żurominie i Płocku. Ponieważ miała prawo jazdy, przez wiele lat była kierowcą przełożonej generalnej zgromadzenia w Mariówce. Od 2016 r. przebywała w Kobyłce k. Warszawy. Tam też zmarła. Jak sama mówiła kilka lat temu, w swoim życiu miała „dwa wspaniałe domy i dwie wspólnoty, z których była dumna: rodzinę i zakon”. W nich miała oparcie i punkt odniesienia. Chętnie dzieliła się tym, co wyniosła z rodzinnego domu i co dało jej życie zakonne. Siostry, które jej towarzyszyły przez życie na różnych placówkach, podkreślają, jak była roztropna, taktowna i mądra.

– Była człowiekiem o serdecznym uśmiechu, pogodnym usposobieniu, pięknym, głębokim spojrzeniu, mówiłyśmy nawet, że ona ma takie Boże spojrzenie – mówi s. Iwona Chojnacka z Płocka. Żeby lepiej poznać zdarzenie, w którym siostra wzięła czynny udział, trzeba cofnąć się do 1966 r., gdy władze komunistyczne zakazały peregrynacji po Polsce obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, którą zainicjował jeszcze z miejsca internowania Prymas Tysiąclecia. Nie można było wywieźć obrazu z Jasnej Góry, więc przez sześć lat po szlaku nawiedzenia wędrowały pusta rama, płonąca świeca i księga Ewangelii.

Kiedy w czerwcu 1972 r. symbole te miały dotrzeć do Radomia, ówczesny młody wikariusz parafii Opieki Najświętszej Maryi Panny postanowił „uwolnić” obraz, by znalazł się na uroczystościach właśnie w Radomiu. O swoich planach ks. Wójcik poinformował kard. Stefana Wyszyńskiego, który w wielkiej tajemnicy wyraził pozwolenie na tę akcję. W wykradzeniu wizerunku pomagały księdzu s. Helena i s. Maria. Do przejęcia obrazu, trzymanego pod kluczem w jednej z jasnogórskich kaplic, doszło w czerwcu 1972 r. o 6.00. Wybrano właśnie tę porę, gdy był odsłaniany cudowny obraz. Właśnie wtedy wyniesiono jego kopię i umieszczono w nysie, którą prowadziła s. Trętowska. Bez przeszkód dowiozła ikonę do Radomia, gdzie na kilka dni została ukryta przy jednym z kościołów. Akcja wykradzenia obrazu była utrzymywana w takiej tajemnicy, że nie wiedzieli o niej nawet… ojcowie paulini.

Ku zaskoczeniu i radości wiernych w Radomiu już nie pusta rama, ale obraz nawiedzenia został wniesiony na plac przed dzisiejszą katedrą przez kardynałów Wyszyńskiego i Wojtyłę. Taki obrót sprawy był zaskoczeniem również dla aparatu bezpieki, który wszczął w tej sprawie dochodzenie pod kryptonimem „Fala”, ale nie odważono się po raz drugi „aresztować” obrazu. Ustalono „sprawców”, zidentyfikowano zakonną nysę i kierowcę, s. Helenę, ale w aktach SB mylnie zapisano jej nazwisko – „Kręgłowska”, a nie „Trętowska”. Na szczęście nie spotkały ją większe reperkusje. O tej historii i bohaterskiej zakonnicy mówiono szerzej dopiero w wolniej Polsce, a skromna s. Helena niewiele o tym mówiła, żyjąc cicho w swoim klasztorze.