Bieg ukończony

ks. Włodzimierz Piętka

|

Gość Płocki 22/2020

publikacja 28.05.2020 00:00

– Nigdy nie pojechała do Rzymu, Ziemi Świętej czy Lourdes, bo w seminarium znalazła wieczernik, górę przemienienia, pustynię samotności i galilejską Kanę radości – mówił ks. rektor Marek Jarosz podczas pogrzebu s. Bartłomiei Orzoł.

▲	Z krzyżem, który był najcenniejszą pamiątką po biskupie Janie Wosińskim. ▲ Z krzyżem, który był najcenniejszą pamiątką po biskupie Janie Wosińskim.
ks. Włodzimierz Piętka /Foto Gość

Przez 64 lata seminarium było jej domem, a stałą intencją jej życia była modlitwa za księży i kleryków. – Była naszym „nieformalnym wychowawcą” – powiedział w czasie pogrzebu bp Mirosław Milewski.

Urodziła się 15 czerwca 1931 r. w parafii Baranowo k. Przasnysza (obecnie diecezja łomżyńska). Jak sama mówiła, od zawsze wiedziała, że ma powołanie do zakonu, ale do sióstr pasjonistek trafiła przypadkowo...

„Odkrycie powołania do zakonu zawdzięczam św. Małej Teresie” – opowiadała kilka lat temu na łamach „Gościa Płockiego” s. Bartłomieja. „Gdy byłam dzieckiem, znalazłam na strychu w domu rodzinnym jej obrazek. Bardzo mi się podobał. Gdy pokazałam go mamie, opowiedziała mi o Teresce. Zaczęłam więc do niej się modlić i powtarzałam sobie: »Teresa jest moja«. Nie mówiłam nikomu, że idę do zakonu, ale myślałam o takim życiu” – wspominała siostra. Ponieważ pochodziła z okolic Przasnysza, znała siostry szarytki, które w tym mieście posługiwały. Ostatecznie jednak trafiła do Płocka i do innego zgromadzenia.

„To były czasy, gdy rodzina cieszyła się, gdy ktoś szedł do zakonu. Dla mojej mamy była to największa radość. I ja, po tylu latach, wciąż się cieszę, że codziennie rozważam mękę Pana Jezusa, bo jest to bardzo owocne, że ludziom służę i modlę się za nich” – mówiła s. Bartłomieja. Na początku roku 1954 wstąpiła w Płocku do zgromadzenia sióstr pasjonistek. Pierwsze śluby złożyła w 1956 r. i została skierowana do pracy w domu zakonnym na terenie WSD.

W 1961 r. złożyła profesję wieczystą. Przez wiele lat prowadziła dom bp. Jana Wosińskiego. „Przez ponad 40 lat patrzyłam na biskupa z bliska i otrzymałam bezcenną lekcję jego człowieczeństwa i oddanej służby w Kościele. Wyszedł z bardzo biednej rodziny, los go wielokrotnie doświadczał, dlatego bardzo dobrze rozumiał ludzkie sprawy i kłopoty. Dla mnie był jak ojciec: wymagał od siebie i innych. Był »zahartowany« w oddaniu Kościołowi i człowiekowi. Miał słabe zdrowie, ale nie użalał się nad sobą. Miał wreszcie poczucie humoru i swoim uśmiechem podnosił wszystkich na duchu” – wspominała siostra. Po śmierci bp. Jana pozostała w seminarium, pomagając w miarę możliwości w kuchni. Księża i klerycy zapamiętają drobnej postury siostrę, która zawsze się uśmiechała. W roku 2012 otrzymała krzyż „Pro Ecclesia et Pontifice”.

Zmarła 15 maja we wspólnocie sióstr w seminarium. – Czy s. Bartłomieja nie miała w czasie swojego długiego życia chwil wątpliwości w to, czy jej zakonny idealizm ma jeszcze sens? Pewnie tak, ale czyny codziennej miłości ocaliły ideały młodej zakonnicy i pozwoliły jej wytrwać do końca. (...) Swoją wiarę budowała przez codzienne czyny miłości, a klerycy i księża widzieli to przez 64 lata – mówił w czasie Mszy św. pogrzebowej w katedrze ks. rektor Marek Jarosz.

W czasie liturgii odczytano fragment Ewangelii o niewiastach biegnących do pustego grobu Jezusa. Przypomina się pewien epizod z życia s. Bartłomiei, która – również biegnąc – wstępowała do klasztoru. „Przyjechałam do Płocka autobusem. Swoje rzeczy miałam spakowane w kilku zawiniątkach. O ile moi najbliżsi pomogli mi wsiąść do autobusu z bagażami, o tyle w Płocku nie znałam nikogo, kto by mi pomógł. Wpadłam więc na pomysł, aby część rzeczy schować pod ławkę na dworcu, a samej pobiec szybko do klasztoru sióstr z częścią mojego bagażu. Potem wróciłam na dworzec po resztę rzeczy. Jednym słowem, biegiem wstępowałam do sióstr pasjonistek” – opowiadała przed kilkoma laty ze swoim poczuciem humoru s. Bartłomieja.