Maciek poznaje planety

Agnieszka Małecka

|

Gość Płocki 13/2020

publikacja 26.03.2020 00:00

Są tacy rodzice, dla których uczenie się dziecka w domu, nie tylko w czasie pandemii, jest codziennością; co więcej, sami są dla niego nauczycielami.

Coraz bardziej popularne edukacyjne gry planszowe mogą być świetnym komponentem domowego nauczania. Coraz bardziej popularne edukacyjne gry planszowe mogą być świetnym komponentem domowego nauczania.
Henryk Przondziono /Foto Gość

To miało być pierwsze takie spotkanie w Płocku. Rodzice uczący dzieci w domu, w tym mieszkańcy tego miasta i okolic, chcieli zaprosić w jedną z marcowych sobót innych rodziców, aby w ramach forum wymiany myśli pokazać, na czym polega kształcenie swoich pociech bez posyłania do szkoły. Plany na razie pokrzyżowało zagrożenie koronawirusem.

Spowodowało ono także, że dzieci i młodzież uczą się zdalnie w domach. I paradoksalnie, ten trudny czas może być zachętą dla rodziców do tego, by przyjrzeli się ich edukacji – jak uważa jedna z prelegentek planowanego spotkania Ewa Zaręba, prezes płockiego Stowarzyszenia na rzecz Małżeństwa i Rodziny „Nie ma lekko”. Jest także mamą sześciorga dzieci, która podjęła decyzję o rozpoczęciu edukacji domowej syna w trakcie roku szkolnego. Nie był to chwilowy kaprys rodzica, ale raczej trwający ok. 4 lata proces powolnego dojrzewania do tej decyzji. Pierwszoklasista Maciej przeszedł już badania w poradni psychologiczno-pedagogicznej i teraz rodzice czekają na wyniki.

Jeśli będą pomyślne, zostanie przypisany do jednej z podwarszawskich szkół (tam państwo Zarębowie znaleźli najbliższe placówki nadzorujące edukację domową) i będzie raz w roku musiał się w niej pojawić i zdać egzamin. Pani Ewa, która sama pracowała jako nauczycielka, jest zdania, że nauka w domu da synowi u progu jego edukacji większą szansę na rozwinięcie kreatywności i pobudzania jego zainteresowań i talentów. Jak może wyglądać w praktyce taka szkoła w domu? Na pewno nie będzie typowej lekcji z dzwonkiem, ławki, ani dziennika. W warunkach domowych nauka przebiega znacznie bardziej elastycznie i pewnie najbardziej indywidualnie, jak tylko się da.

– Zakładamy, że będziemy rozpoczynać naukę o godz. 10. Dziecko ma oczywiście swoje książki i jakieś dodatkowe materiały nawiązujące do przerabianego tematu. W harmonogramie jest godzina zajęć kreatywnych – malowania, śpiewania, tańca. Potem spacer, w międzyczasie jakieś przekąski. Po południu gromadzimy się na ćwiczenia poprzez zabawę – wyjaśnia Ewa Zaręba, która wraz z mężem planuje też zapisanie do edukacji domowej młodszego synka, Adasia, który od września idzie do zerówki.

– W edukacji domowej łatwiej podążać za ciekawością oraz konkretnymi zainteresowaniami dziecka i pogłębiać je; na przykład teraz z Maćkiem poznajemy planety. Myślę, że będziemy mogli znacznie bardziej efektywnie wykorzystać czas na naukę, czerpać z różnych materiałów, przeznaczyć czas na wycieczki, wyjścia na spektakle, do muzeów, co tylko podyktuje nam nasza kreatywność – uważa pani Ewa.

Po takiej deklaracji edukacja domowa wydaje się nie tylko solidną szkołą dla dziecka, ale i dla dorosłych. Trudności mogą być po pierwsze finansowe, bo przecież jeden z rodziców musi poświęcić jej swój czas i zrezygnować z pracy zawodowej. Po drugie bez wątpienia to duży wysiłek, wymagający od rodzica – domowego nauczyciela – wiedzy, kreatywności, organizacji i samodyscypliny.

– Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy rodzice, choćby chcieli, mogą sobie na to pozwolić. U nas tak się złożyło, że jestem w domu, bo mam młodsze dzieci, więc w tym momencie nie rezygnuję z jakiejś kariery zawodowej. Z drugiej strony my to traktujemy jako świetną przygodę. Nie przeraża mnie ta perspektywa, tym bardziej że śledzę różne fora i poznaję opinie rodziców, którzy mają już doświadczenie w edukacji domowej – uważa płocczanka. Na jej decyzji zaważyła jeszcze jedna ważna, a może – najważniejsza kwestia. To obawa, którą żywi dziś coraz więcej rodziców – o treści, jakie mogą być przekazane dziecku w szkole.

– Nie ukrywam, że boimy się tego, co już niestety wchodzi do naszych szkół, tzw. nowych ideologii. I mimo że nie wyraziłam na nie zgody w oświadczeniu rodzicielskim, to i tak nie mam do końca na to wpływu i nie wiem, co się dzieje podczas zajęć szkolnych – mówi. Dla pani Ewy i jej męża wiara jest fundamentem życia małżeńskiego i rodzinnego oraz związanego z tym poczucia odpowiedzialności za wychowanie dzieci nie tylko przed społeczeństwem.

– Dostałam moje dzieci od Boga i chcę je dla Boga wychować. Uważam, że tylko w domu, na tym etapie, mam wpływ na ich ukształtowanie. Teraz mogę im przekazać najważniejsze wartości, zbudować w nich kręgosłup moralny. Wiem, że nawet jeśli dziecko pójdzie do szkoły w wieku 15 czy 16 lat, to się tak łatwo nie złamie. A rodzina od zawsze była naturalnym środowiskiem wychowania i edukacji. W Polsce przez wieki to się sprawdzało i dzięki temu udało nam się przeżyć zabory i nie stracić tożsamości narodowej – mówi szefowa stowarzyszenia „Nie ma lekko”.