Pytaj o biały krzyż

Agnieszka Małecka

|

Gość Płocki 45/2019

publikacja 07.11.2019 00:00

Miejsca naszej historycznej pamięci są nie tylko na cmentarzach w miastach i wioskach, ale czasem gdzieś na peryferiach. Wiele mogił powstańczych i wojennych kryją zaś „leśne katedry”.

Przedwojenny obrazek Matki Bożej Ostrobramskiej jest dla Jacka Liziniewicza szczególną pamiątką po ojcu. Przedwojenny obrazek Matki Bożej Ostrobramskiej jest dla Jacka Liziniewicza szczególną pamiątką po ojcu.
Agnieszka Małecka /Foto Gość

Pewnie wielu osobom wciąż w głowach snuje się tkliwa melodia piosenki Krzysztofa Klenczona i Czerwonych Gitar o „białym krzyżu”, którego „nikt już nie pamięta”. Ale jeśli pamiętamy, że Klenczon jest nasz, pułtuski, a jego piosenka mówi o jego ojcu, który był żołnierzem wyklętym, to wchodzimy na ważny trop ocalania pamięci bliskiej, a jednak wciąż mało znanej. Do tego potrzeba pasji i patriotyzmu.

Leśne stacje pamięci

– Tu historia wciąż wychodzi spod ziemi – mówi Jacek Liziniewicz, szef Nadleśnictwa Gostynin, pokazując fragment macewy z żydowskiego cmentarza, jednej z wielu odnalezionych przypadkiem w 2010 r. na leśnej drodze w okolicach miasta.

Odkryte fragmenty płyt nagrobnych z wyrytymi słowami w języku hebrajskim trafiły na swoje dawne miejsce – na cmentarz przy ul. Gościnnej, przypominając o zapominanej gostynińskiej społeczności wyznania mojżeszowego. Dzięki ludziom, którym historia i ofiara polskich powstańców, żołnierzy, cywilów nie jest obojętna, trwa także troska o mogiły leśne, powstańcze i wojenne w okolicach Gostynina. Trzeba sobie jednak wciąż zadawać pytanie, jak mówi nadleśniczy Jacek Liziniewicz, czy kolejne pokolenia są godnymi depozytariuszami tej pamięci. Jego zdaniem las jest strażnikiem tych miejsc i pamięci. Tak jest, bo las to Polska. Ale czy my zrobiliśmy wszystko, co trzeba, aby wejść w tę pamięć i odpowiedzialność? Sztandarowe miejsce pamięci, często odwiedzane na terenie Nadleśnictwa Gostynin, to okazały pomnik – mogiła 49 powstańców styczniowych w Gaśnem. Upamiętnia największą bitwę 1863 r. na terenie tego powiatu. Dzisiaj są już tam i krzyż, i kamienny obelisk z rzeźbą autorstwa Tadeusza Bilewicza, z wkomponowaną, uszkodzoną przez Niemców tabliczką ze starej, przedwojennej kapliczki, która stała w tym miejscu.

– Ta mogiła zawdzięcza swoje istnienie i ciągłość mieszkańcom. Przez te ponad 150 lat zawsze jakaś „niewidzialna ręka”, na miarę i możliwości swoich czasów, dbała o to miejsce. Dopiero współcześnie otrzymało ono godną formę artystyczną – wyjaśnia nadleśniczy z Gostynina. W gostynińskich lasach sporo się działo w 1863 roku. Tworzyły się tu oddziały i grupy powstańcze w formacjach pod dowództwem: Władysława Orłowskiego, Józefa Łakińskiego, Ludwika Oborskiego i Emeryka Syrewicza. Sam obszar wyglądał trochę inaczej niż teraz. Las był znacznie większy, gęstszy, z podmokłym, bagiennym terenem i przynajmniej pozornie dawał poczucie bezpieczeństwa powstańcom styczniowym. Poza Gaśnem z tego okresu są tu jeszcze mogiły w Krzywiem i Zuzinowie, gdzie spoczywają prochy powstańców. Na szlaku pamięci wokół Gostynina znajdują się też wojenne „stacje”, m.in. cmentarz leśny przy szpitalu psychiatrycznym i pomnik w Zalesiu dedykowany pracownikom szpitala zamordowanym przez Niemców. We wsi Lipianki, na terenie tego nadleśnictwa, znajduje się pomnik ku czci mieszkańców, którzy w czasie wojny zostali wywiezieni w głąb Rzeszy, co było formą represji za pomoc udzielaną partyzantom.

– To była bardzo biedna wieś, która doświadczyła dodatkowo ogromnej straty. Tylko część z wypędzonych mieszkańców wróciła – mówi nadleśniczy Liziniewicz, który prowadził już kilka rajdów rowerowych szlakiem lokalnych miejsc pamięci. Takie wydarzenia stają się coraz bardziej popularne, ale może to wynik samej mody na dwa kółka. Z pasją historyczną bywa już różnie.

Tak został wychowany

Leśnicy z oczywistych względów nieraz przejeżdżają obok tych miejsc. Są niejako ich strażnikami. Czasem muszą ostro zareagować.

– Raz przy mogile w Gaśnem zobaczyłem taki obrazek: czwórka młodych ludzi, rozstawiony grill, alkohol. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Zatrzymałem się i powiedziałem im: „Oni za was zginęli”. Skonsternowani zaczęli się tłumaczyć, że nie wiedzieli. A przecież tablica duża, a tuż obok jeszcze wisi kapliczka na drzewie. Ale była też inna sytuacja. Dosłownie parę dni temu spotkałem tam wielopokoleniową rodzinę, która zapala znicze – opowiada nadleśniczy. Zwraca uwagę, że ważną rolę w tym pielęgnowaniu pamięci odgrywają społeczności szkolne, które przy okazji różnych rocznic przychodzą na takie miejsca.

– Trzeba budzić tę iskrę w człowieku, ale już od małego, od dzieciństwa, bo u młodzieży jest o wiele trudniej, chyba że coś w kimś drgnie, coś zainteresuje – uważa pan Jacek. On sam pamięta jeszcze, gdy w czasach przedszkolnych chodziło się z wychowawczyniami na cmentarz, aby zapalić znicze na 1 listopada na grobach lotników. Mieszkał wtedy z rodzicami i rodzeństwem w Dęblinie, na Lubelszczyźnie, w mieście, gdzie istnienie wojskowej szkoły lotniczej, szczególnie w tamtych czasach, wyznaczało granicę między „cywilami” a „wojskiem”. I chociaż na tamtych cmentarnych pomnikach błyszczały czerwone gwiazdy, to sam fakt palenia zniczy, sama powinność pozostała jak dobra lekcja. A już w liceum, mimo czasów okrzepłego komunizmu, miał okazję chodzić na cmentarz wojenny, gdzie były groby żołnierzy wojny polsko-bolszewickiej i mogiły bohaterów września 1939 – 15. Pułku Piechoty „Wilków”. Pan Jacek lubi wspominać też inną lekcję, którą dostał z dość oryginalnego źródła.

– W czasie wojny, gdy Rosjanie podeszli pod linię Wisły, cały Dęblin został wysiedlony. Trwały bombardowania. Tata trafił ze swoimi rodzicami do Woli Okrzejskiej, miejsca urodzenia Henryka Sienkiewicza. Z tego czasu pozostały zażyłe stosunki z rodziną, która ich przyjęła. I ja tam jako dziecko jeździłem na wakacje. Chodziliśmy w grupie, a były to łobuziaki, więc sporo psociliśmy. Ale chodziliśmy też na mogiłę wojenną, na której były krzyże, a na nich hełmy. I tam przywódca tej bandy kazał nam klękać i odmawiać pacierz, jak tam kto potrafił. To było 25 lat po wojnie. Te dzieciaki dbały o to miejsce – opowiada nadleśniczy.

Nad drzwiami w gabinecie pana Jacka wisi maleńki, bardzo stary obrazek Matki Bożej Ostrobramskiej. – Dla mnie to świętość, którą mój tata przywiózł w ostatnią niedzielę wolnej Polski z Litwy. Gdy poszedł na wojnę, z domu nie pozostało nic. W splądrowanym mieszkaniu został właśnie ten obrazek i pudełko ze znaczkami. Ta Matka Boża wisiała u niego w pracy. I teraz wisi u mnie. Ta pamiątka jest już jak relikwia – mówi. Bo najważniejsza lekcja – historii, wiary, tożsamości idzie przez rodzinę.

Całe noce na rozmowach

Wróćmy do Klenczona i jego „białego krzyża”. Jego ojciec Czesław był żołnierzem wyklętym i wiele lat spędził w komunistycznym więzieniu. Do spotkania ojca z synem doszło po wielu latach rozłąki – jesienią 1956 roku. Siostra gitarzysty opowiadała, że od tej chwili całe noce spędzali na rozmowach, jakby chcieli nadrobić w ten sposób stracony czas.

I te noce właśnie stały się genezą wielkiego przeboju Krzysztofa Klenczona. Śpiewał tam o krzyżu zapomnianym, o którym nikt już nic nie wie, ale na koniec dodawał z jakimś profetycznym przekonaniem, że jednak: „Wraca dziś pamięć o tych, których nie ma”. Dlatego lasy pod Gostyninem, Puszcza Kurpiowska, lasy ościsłowskie, skrwileńskie czy tak zwany lasek Rusinowski w okolicach Rypina i inne leśne miejsca pamięci wciąż wołają o pamięć. Nad czym trzeba się zadumać, zastanowić, odwiedzając mniej czy bardziej poukrywane miejsca pamięci, dawne mogiły bohaterów, których imiona już często wytarł czas?

– Myślę, że trzeba sobie zadać pytanie, czy zrobiliśmy wszystko dla nich, żeby ta pamięć trwała, bo tylko to możemy dla nich zrobić. O tym wszystkim trzeba mówić. Trzeba mówić wyraźnie o tym, kto dokonał tych zbrodni. Kto był ofiarą, a kto katem. Chcemy, by Polska była coraz lepsza, ale czy jesteśmy dobrymi spadkobiercami tych ludzi, czy dostatecznie dbamy o pamięć? – mówi Jacek Liziniewicz.