Miał swoją tajemnicę

am

|

Gość Płocki 43/2019

publikacja 24.10.2019 00:00

Ksiądz Lech Grabowski, dawny dyrektor Muzeum Diecezjalnego w Płocku, to jedna z takich postaci, na temat której można by zrealizować nie tylko jedno spotkanie wspomnieniowe.

Czy należał on do „ludzi dialogu”, o jakich ma opowiadać cykl w Towarzystwie Naukowym Płockim, zainicjowany przez ks. prof. Ireneusza Mroczkowskiego? Szczególnie że pod koniec życia, jak wspominano na spotkaniu, powoli zamykał się w sobie. – Mieliśmy wrażenie, że zabiera ze sobą jakąś tajemnicę... – zauważył ks. dr Tadeusz Kozłowski, oficjał sądu biskupiego w Płocku, który miał to szczęście być jednym ze studentów ks. Grabowskiego jako alumn Wyższego Seminarium Duchownego w Płocku.

Tą tajemnicą, o której faktycznie sam nie mówił, był pobyt w obozach koncentracyjnych: Dachau, Gusen i Mauthausen, gdzie m.in. poddawano go pseudonaukowym badaniom w stacji malarycznej. Prowadził je prof. Klaus Schelling (Niemcy z upodobaniem testowali na polskich księżach działanie różnych leków na śmiertelne choroby). W 1943 r. ks. Lech Grabowski po wszczepieniu malarii cierpiał ogromnie przez wiele miesięcy, „leczony” nie chininą, ale lekiem na choroby weneryczne.

– On całkowicie świadomie pomijał ten wątek swojego życia. I myślę, że można mówić o nim jako o człowieku dialogu choćby ze względu na to, że nigdy źle nie mówił o Niemcach. Sam się do tego w ogóle nie odnosił. Gdybyśmy nie dowiedzieli się o tym z innych źródeł, myślelibyśmy, że był po prostu jednym z wielu profesorów, który żył w swojej epoce, napisał trochę książek, miał grupę studentów – wspominał ks. Tadeusz Kozłowski, który został zaproszony do grona wspominających wraz z Ewą Jaszczak, wieloletnim kierownikiem płockiej Delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Warszawie, oraz ks. Stefanem Cegłowskim, historykiem sztuki, proboszczem parafii katedralnej.

W tych wspomnieniach przeplatały się sprawy poważne z wątkami humorystycznymi. Świadkowie opowiadali, jak ks. Lech Grabowski elegancją, kulturą wręcz onieśmielał studentów i jak wybitnym był wykładowcą historii sztuki, skoro jego slajdy i komentarze o zabytkach okazywały się bardziej atrakcyjne niż widziane na żywo obiekty. Powracał też zabawny wątek wyjazdów współpracowników z ks. profesorem, który choć uwielbiał swój samochód, był kiepskim kierowcą.