Co zrobisz ze swoją wiarą?

Gość Płocki 41/2019

dodane 10.10.2019 00:00

Misjonarki klaretynki, s. Bogusława Woźniak i s. Ewa Grzegorczyk o misjach, które się nigdy nie kończą.

▲	– Doświadczenie mówi nam, że ratunkiem dla naszych parafii są wspólnoty, które podejmą odpowiedzialność za Kościół, aby był żywy, wierny, dynamiczny i odważny – mówią siostry z Modlina Twierdzy. ▲ – Doświadczenie mówi nam, że ratunkiem dla naszych parafii są wspólnoty, które podejmą odpowiedzialność za Kościół, aby był żywy, wierny, dynamiczny i odważny – mówią siostry z Modlina Twierdzy.
ks. Włodzimierz Piętka /Foto Gość

ks. Włodzimierz Piętka: Już po samej nazwie waszego zgromadzenia widać, że Siostry są równocześnie misjonarkami. Gdzie pracowałyście do tej pory?

s. Bogusława Woźniak: Przez 13 lat pracowałam w Indiach. To piękny kraj, w którym żyją piękni ludzie. Tam trudno jest być chrześcijaninem, zwłaszcza teraz, gdy na nowo wróciły niepokoje i prześladowania. Z moimi współsiostrami pracowałyśmy wśród ludzi ze slumsów. W imię chrześcijańskiej miłości pomagałyśmy im, jak umiałyśmy. A gdy nas pytano, dlaczego to robimy, odpowiadałyśmy, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga. W naszej pracy nie chodziło więc o nawracanie ludzi na chrześcijaństwo, ale o niesienie im pomocy i miłości braterskiej w imię Chrystusa.

s. Ewa Grzegorczyk: Ja pracowałam na misjach w dwóch zakątkach świata – przez pół roku w Argentynie i przez ponad dwa lata na Ukrainie. Gdy znalazłam się w Andach, na północy Argentyny, pytałam starszych, doświadczonych misjonarzy, co przede wszystkim mam robić. A oni mi odpowiadali: „Masz być i słuchać”. Tam do wielu parafii wędrowaliśmy pieszo po górach, bądź pokonywaliśmy długie kilometry na mułach. Niektóre z tych miejscowości były zupełnie odcięte od świata. Wciąż czuję, że najważniejsze jest to, aby tym ludziom, nawet z końca świata, nie brakowało chleba słowa Bożego. Pamiętam, jak kiedyś w czasie liturgii z okazji parafialnego święta zabrakło Komunii św. Wiele osób wtedy odeszło bez przyjęcia Eucharystii, choć pokonały długą drogę. To był dla mnie ogromny ból, że musiały czekać kolejny miesiąc albo pół roku, aż przyjedzie do nich ksiądz z Mszą św. Gdy sobie to przypominam, to myślę, że w Polsce za mało cenimy te duchowe skarby, które płyną do nas przez sakramenty.

Pracowałam również we wschodniej Ukrainie. Nasza placówka była katolicką wysepką w morzu prawosławia. Prowadziłyśmy tam świetlicę Caritas. Utkwiła mi w pamięci pewna staruszka, która przez długie lata modliła się, aby przyjechał tam ksiądz i aby były spowiedź, Msza i Komunia św. Zapamiętałam tę jej modlitwę i wielkie pragnienie, aby być blisko Jezusa.

Z doświadczeniem Indii, Argentyny i wschodniej Ukrainy Siostry podjęły pracę w Modlinie Twierdzy. Co to znaczy być misjonarzem w Polsce?

s. Bogusława: Nasza misyjność to życie między ludźmi. W Modlinie mieszkamy w bloku, nie w klasztorze, a więc jesteśmy blisko ludzi, tak zwyczajnie, codziennie. Ale to również nasza posługa w parafii, w szkole, zaangażowanie w akcje i spotkania misyjne czy w wolontariat szkolny. Gdy przygotowujemy dzieci czy dorosłych do sakramentów, zawsze staramy się stawiać im pytanie: „Co zrobisz ze swoją wiarą?”.

s. Ewa: Dla mnie jest bardzo jasne, że wiara jest darem nie tylko dla mnie samej. Ona buduje żywą relację z Jezusem. W katechizacji dzieci zwracam uwagę na tę sprawę, aby zaprzyjaźnić się z Panem Jezusem, pokochać Go i innych ludzi, aby ta relacja zaczęła procentować w naszym życiu. W taki sposób umacnia się wiara, nasze rodziny i buduje się Kościół.

Do czego wzywa nas Nadzwyczajny Miesiąc Misyjny, który właśnie przeżywamy?

s. Ewa: Wiele mówi hasło tego miesiąca: „ochrzczeni – posłani”. Tu chodzi o odkrycie na nowo naszej osobistej odpowiedzialności za wiarę, którą my przyjęliśmy, a także za wiarę innych ludzi, których możemy umocnić naszym świadectwem, albo zgorszyć naszą bylejakością i antyświadectwem. Tu chodzi również o odkrycie, że szczególną misją ochrzczonych jest ich własna rodzina.

s. Bogusława: Po doświadczeniu misyjnym w Indiach widzę, jak wielkim niebezpieczeństwem dla wiary w Polsce jest konformizm, przylgnięcie do bogactwa, szczególnie tak kuszące młodych ludzi. Wygoda i lenistwo zabijają w nas ducha. Gdy nie chce się wyjść z domu, spotkać z ludźmi, iść do kościoła, wspólnie się pomodlić – to znaczy, że coś więcej w nas umiera.