Z pamiętnika młodego maratończyka

Ilona Krawczyk-Krajczyńska

dodane 11.08.2019 01:07

Mieszka na Śląsku, studiuje w Warszawie, biegnie przez Polskę maraton życia, a właściwie... 18 maratonów.

Z pamiętnika młodego maratończyka Po kilkunastu dniach biegu przez Polskę przyznaje, że najbardziej cieszą go życzliwość, z którą się spotyka, i piękno naszego kraju. Archiwum Tomasza Sobani

Tomasz Sobania poprzeczkę postawił sobie wysoko. 20-letni student teologii wyprawy biegowe organizuje już od kilku lat. Co roku zwiększa dystans. Tym razem wyznaczył trasę 750 km, co odpowiada dystansowi 18 maratonów. Biegnie przez całą Polskę - dokładnie z Zakopanego do Gdyni. Jego droga prowadziła również przez miasta naszej diecezji: Nasielsk, Ciechanów, Mławę i dalej.

- Kiedy w zeszłym roku dobiegłem do Santiago, wiedziałem, że na tym się nie skończy. Wtedy pomyślałem, że te 300 km na Camino to właściwie jak przebiec przez pół Polski, więc może udałoby się przebiec przez całą Polskę? - opowiada młody biegacz. Trasę wyznaczył sam. Miał wybór: biec przez Łódź albo przez Warszawę, 50 km dalej do celu. Wybrał tę drugą opcję, żartując, że nie wypada omijać stolicy, skoro biegnie się przez cały kraj.

Wszystko zaczęło się od... spóźnialstwa. Zawsze wychodził w ostatniej chwili i później musiał biec, żeby zdążyć: do kościoła, na dworzec, do szkoły. Pewnego dnia odkrył w tym bieganiu przyjemność. Doszedł do wniosku, że sprawia mu to radość. Tak zrodziła się pasja i zaczęły pierwsze zawody. Te zmagania niosą wiele dobra nie tylko dla Tomasza. Podczas tych spektakularnych tras charytatywnie włącza się w pomoc dla chorych i potrzebujących.

- Czemu miałbym tego nie robić, skoro ktoś może na tym realnie zyskać? To również daje satysfakcję. Zaczęło się w ubiegłym roku. 300 km do Santiago de Compostela zadedykowałem chorej Laurze i to jej starałem się pomóc. Teraz biegnę dla pani Dominiki, chorej na nowotwór piersi. Poznałem jej trudną historię i postanowiłem zrobić to właśnie dla niej. Tym razem jest trochę inaczej. W internecie założyłem zrzutkę pod hasłem: "Ja biegnę, Ty pomagasz". Tak długo, jak biegnę, będę to nagłaśniał, żeby jak najwięcej ludzi zmobilizować do wsparcia tej akcji. Mam ze sobą również puszki fundacji, z którą współpracuje ta młoda mama, i wszędzie, gdzie się zatrzymuję w mojej trasie, przeprowadzam dodatkowe zbiórki - opowiada.

Pomimo przygotowań i szczytnego celu, jaki mu przyświeca, już pierwszego dnia pojawił się kryzys. - Jak to jest możliwe, przecież ja mam jeszcze 17 maratonów przed sobą, a po pierwszym już czuję się tak fatalnie? Potem pojawił się stan zapalny kolana. Bywa trudno, zwłaszcza gdzieś pod koniec dnia. Wstaję rano i czasami trudno utrzymać się na nogach, dojść do łazienki, a tu trzeba jeszcze 42 km przebiec. Zawsze później jakoś się rozkręcam i jest łatwiej. Na szczęście potrafię się z tym uporać - opowiada maratończyk.

Tomasz biegnie ok. 6 godzin dziennie. Dystans dzieli sobie na dwa etapy. Czas organizuje tak, żeby mieć chwilę na modlitwę, słuchowiska itp., wszystko, co sprawia, że trasa szybciej mija. - Ta droga daje mi poczucie wielkiego sensu. Jak w zeszłym roku biegłem do Santiago i zostało mi do pokonania ostatnie 18 km, to był chyba jeden z najcudowniejszych momentów mojego życia. Zdałem sobie sprawę, że moje życie ma sens. Pobiegłem dla chorej dziewczynki, pomogłem jej. Wiedziałem też, że modlę się za wielu ludzi, którzy powierzyli mi swoje intencje i to ofiarowywanie mojego małego cierpienia pokazało mi, że to jest mój czas i miejsce, w którym powinienem być. Dzięki temu wiem, że nie marnuję mojego talentu, robię najprostszą na świecie rzecz, czyli przebieram nogami, a okazuje się, że ma to takie niesamowite konsekwencje. Teraz jest podobnie. Meczę się, to jest trudny czas, ale mam satysfakcję, której nie da się z niczym porównać - dodaje autor książki "7 dni i 300 kilometrów biegu. Opowieść 19-latka", która jest relacją z ubiegłorocznej wyprawy do Santiago de Compostela.

Na trasie spotyka go wiele drobnych gestów życzliwości, które bardzo ceni. Ktoś poczęstuje owocami, ktoś podaruje potrzebne w drodze rzeczy. Ludzie zatrzymują się i dopytują, czy to on jest tym biegaczem. Po czym dołączają się do zbiórki lub wspierają go, biegnąc razem jakiś etap drogi. - Pan Bóg sprawił mi prezent. Kolega opowiadał o kobiecie, która ustanowiła nowy rekord w najtrudniejszym ultramaratonie na świecie. Polegał on na tym, że trzeba było przebiec 217 km w Dolinie Śmierci w Stanach Zjednoczonych, gdzie temperatura w nocy utrzymuje się w granicach 35 stopni, a w dzień dochodzi nawet do 50. Wspomniana kobieta była druga na mecie, ustanowiła nowy rekord trasy. Nie marzyłem nawet, że mógłbym ją poznać, a dzisiaj rano z nią biegłem! - opowiadał w czwartek.

Te wyjątkowe 18 maratonów zakończy się w Gdyni, gdzie będzie czekała na niego m.in. Dominika Hawryluk i jej rodzina. Tomek ma już ponad 500 km w nogach. Przed nim jeszcze 5 dni biegu.