Zawsze lubiłem takie wyzwania

Agnieszka Małecka

|

Gość Płocki 4/2019

publikacja 24.01.2019 00:00

Henryk Jóźwiak, aktor płockiej sceny, o współpracy z Teatrem Remedium, jego sukcesach w Warszawie i apetycie na „Kuchnię literacką”.

– W życiu zawodowym nigdy nie siedziałem  na kanapie, czekając na angaż. Miałem też to szczęście, że poza pracą na scenie znalazłem swoją niszę: poezję – mówi opiekun grupy. – W życiu zawodowym nigdy nie siedziałem na kanapie, czekając na angaż. Miałem też to szczęście, że poza pracą na scenie znalazłem swoją niszę: poezję – mówi opiekun grupy.
Agnieszka Małecka /Foto Gość

Agnieszka Małecka: Czy od początku pomysł na ten teatr amatorski był tak ambitny?

Henryk Jóźwiak: Osiem lat temu Maria Nagórka, ówczesna pani prezes Stowarzyszenia Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Płocku, zaproponowała mi prowadzenie warsztatów dla grupy teatralnej, a ja zawsze lubiłem podobne wyzwania. Kilkanaście lat temu współpracowałem z amatorskim teatrem, tyle że młodzieżowym. Była to Nieformalna Grupa Genezaret przy płockiej farze. W takiej pracy mam możliwość wyboru repertuaru. Wracając do początków zespołu – zgłosiło się wtedy osiem pań. Zwykle trzeci wiek kojarzy się z emerytami, którzy w czasie występu przestępują z prawej nogi na lewą i zawodzą. Nie ukrywam, że koledzy z teatru żartowali na początku, że „z jakimiś babciami zaczynam...”.

To mnie, delikatnie mówiąc, zmobilizowało. Zaczęliśmy od normalnych zajęć m.in. z dykcji, impostacji głosu i ćwiczeń ruchowych. Panie się nie znały i najtrudniejszym zadaniem na początku było je emocjonalnie otworzyć, tak, by się przed sobą nie wstydziły. Jednocześnie pomyślałem, że uniwersytet nas do czegoś zobowiązuje i nie możemy grać byle czego. Zresztą większość pań to osoby z wyższym wykształceniem i dużą wiedzą, bywające na spektaklach i koncertach. Mnie samego od początku motywowało to do stałej pracy i dokształcania. Postanowiłem zrobić normalną sztukę i zaczęliśmy od „Domu Bernardy Alba” F.G. Lorki. W tym dramacie relacje i namiętności buzują jak w szybkowarze. A teatr to przecież emocje. Świadomie wybrałem ten temat, bo jest on kobietom bliski. Kobiety są emocjonalne. Ja też taki jestem, bo pochodzę z Kresów...

Jak Pan dobiera repertuar?

Uznałem, że w repertuarze zespołu powinny być pozycje zarówno z literatury polskiej, jak i światowej, i muszą być znaczące, wartościowe. Kolejną premierą była sztuka „Wszystko o kobietach” Miro Gavrana, rzecz napisana na trzy aktorki, ale rozpisałem to tak, żeby zagrały wszystkie panie. To rewelacyjna komedia, nieprzypominająca współczesnych fars, które są coraz bardziej jarmarczne i płytkie. Potem chciałem wystawić jakąś komedię polskiego autora i wybrałem mało znaną sztukę Fredry „Brytana Brysia”. To jest satyra na wybory, a tak się złożyło, że był to czas wyborów. W tym czasie zrobiliśmy dla dzieci „Pchłę Szachrajkę”. Graliśmy misterium „Dialogi Karmelitanek”, komedię kryminalną „Emerytka”, a w ubiegłym roku spektakl „O wojnę powszechną za wolność ludu prosimy Cię, Panie” Tadeusza Różewicza. To już bardzo trudny repertuar i mogliśmy to zrobić dopiero po kilku latach pracy.

Efekty tej pracy już widać – grupa Remedium zdobyła kilka nagród, m.in. na Juwenaliach Trzeciego Wieku w Warszawie.

Dwa lata temu zarzucono mi nawet, że przywiozłem dwie emerytowane aktorki. W Juwenaliach Trzeciego Wieku bierze udział do 3 tys. osób i są to naprawdę bardzo dobre zespoły. W jury są profesjonalni muzycy, aktorzy i choreografowie. Pierwsze wyjazdy Remedium były przetarciem szlaków i nie przyniosły żadnych sukcesów. Ale panie się nie zniechęciły. Pierwszy sukces pojawił się w 2016 r., gdy przygotowałem monodramy z poezji Tuwima. Jego poezja jest jak kopalnia złota; im dłużej nad nią siedzę, tym więcej w niej odkrywam. Na tamtych juwenaliach Jadwiga Winiarek zdobyła pierwsze miejsce za „Bal w operze”, Zofia Pepłowska – trzecie miejsce za „Zośkę wariatkę”, a Hanna Kobylarz – wyróżnienie za monodram według „Kwiatów polskich”. Mieliśmy też trzecie miejsce za piosenkę aktorską „Bo ja się boję utyć” dla Krystyny Kłak.

Od trzech lat Remedium prezentuje też płocczanom smaczną „Kuchnię literacką” w Książnicy Płockiej. Czy tam łapiecie oddech?

To zdecydowanie lżejsza forma, chociaż musimy i tam utrzymać poziom. „Kuchnia” w ogóle jest fantastycznym projektem, chociaż dość wolno przenikającym do szerszej świadomości publicznej. Mieliśmy już świetne spotkania m.in. poświęcone kuchni kresowej, okupacyjnej czy mnisiej. Moja żona Ewa Lilianna Matusiak, która pracuje w Książnicy i przygotowuje scenariusze „Kuchni”, poszukuje ciekawych tekstów i przepisów, choćby takich, jak „klasztorny likier postny”. Mogę zdradzić, że najbliższa „Kuchnia literacka” będzie karnawałowa i trochę pijana. agnieszka.malecka@gosc.pl