Czuję, jakbym zawsze tu mieszkała

Agnieszka Otłowska

|

Gość Płocki 50/2018

publikacja 13.12.2018 00:00

W Domu Polonii w Pułtusku przebywa kolejna grupa repatriantów, która po raz pierwszy spędzi święta w ojczyźnie.

Maria Górajska i Natalia Ganuszkiewicz mają nadzieję, że w Polsce rozpoczną nowy rozdział życia. Maria Górajska i Natalia Ganuszkiewicz mają nadzieję, że w Polsce rozpoczną nowy rozdział życia.
Agnieszka Otłowska /Foto Gość

Dla kolejnej grupy Polaków ze Wschodu pierwszym domem na ojczystej ziemi stał się Pułtusk. Dzięki rządowemu wsparciu oraz „Wspólnocie Polskiej” są dla nich przygotowywane dokumenty wymagane do pobytu stałego w Polsce, a także podjęcia nauki czy pracy, ubezpieczenia i innych świadczeń.

Zorganizowano dla nich naukę języka i historii naszego kraju. Towarzyszą im księża – od kilku lat tę posługę pełnią ks. Mirosław Danielski z Zatorów i ks. Jarosław Bukowski ze Smogorzewa. Obecna grupa liczy prawie 140 osób i różni się od poprzednich. – Są w niej osoby z Kazachstanu, a także z Syberii, Rosji, Ukrainy i Gruzji. Około 95 osób to dorośli, ok. 50 to dzieci w różnym przedziale wiekowym. Ta grupa była o wiele lepiej przygotowana do podjęcia życiowej decyzji, aby na stałe przeprowadzić się do kraju przodków. Mają większą świadomość i większe doświadczenia niż poprzednie grupy, które u nas gościły. Pomagamy im w uzyskaniu obywatelstwa polskiego i w przygotowaniu niezbędnych dokumentów. Teraz łatwiej jest nam pokonywać trudności, z którymi spotkaliśmy się przy pierwszych repatriantach, bo nabieramy coraz większej praktyki – mówi Michał Kisiel, dyrektor Domu Polonii. – Mamy przed sobą ludzi, którzy zdecydowali się być Polakami i dokonali niełatwego wyboru, aby do nas na stałe przyjechać. Może niewiele cech ich osobowości świadczy o ich polskich korzeniach, bo przecież wychowali się w czwartym lub piątym pokoleniu poza ojczyzną, ale ich wybór również dla nas wiele znaczy –mówi M. Kisiel. Wśród repatriantów spotykamy Stanisława Kolosińskiego, który przyjechał z Rosji. Z wykształcenia jest prawnikiem, do Polski przybył sam. – Zawsze chciałem wrócić do ojczyzny. Czułem się Polakiem i wiedziałem, że tutaj jest moja ojczyzna, bo tego uczyła mnie moja mama. Dzisiaj czuję radość, bo pragnienie mojej matki o powrocie spełniło się. Trochę trudno się oswoić z nowym miejscem, ale dostrzegam na każdym kroku serdeczność ludzi, co pozwala mi czuć się lepiej – mówi Stanisław. Jak przyznaje, podjęcie decyzji o wyjeździe nie było łatwe. – W Rosji zostawiłem cały dorobek, który miałem. Tu przybyłem w nowe i nieznane. Mam jednak nadzieję, że wszystko będzie dobrze – dodaje. – Urodziłam się w Kazachstanie i tam przeżyłam 33 lata. Po ślubie wyjechałam na Ukrainę, gdzie urodziłam trzech synów. Bardzo czekaliśmy na ten program repatriancki. Bardzo chcieliśmy wrócić do Polski, choć nigdy w niej nie byłam. Wiele o niej słyszałam. Moja babcia i rodzice pochodzili z Polski. To oni ukradkiem opowiadali mi o tym kraju, babcia zaś w tajemnicy uczyła modlitwy. Dzięki niej nauczyłam się ośmiu z nich, między innymi: „Ojcze Nasz”, „Zdrowaś, Maryjo”, Różańca, Litanii do Najświętszej Maryi Panny i do Serca Pana Jezusa – opowiada Maria Górajska, która przez wiele lat była nauczycielką. Na Ukrainie zostawiła rodzinny dom, syna i wnuczki. – Cieszę się, że jestem na ojczystej ziemi, ale wciąż jest obawa, bo idziemy w nieznane. Mimo tego czuję, że wróciłam do siebie. Mam tutaj kościół i księdza, a dla mnie to bardzo ważne. Czuję, że to mój dom, o którym moja babcia tak wiele mi opowiadała – dodaje. Tatiana Ostrowska na powrót do ojczystego kraju czekała 18 lat. Jak mówi, to była „droga krzyżowa”. – Od chwili złożenia dokumentów nie przestawałam się modlić o wyjazd, a gdy się opóźniał, chwilami traciłam nadzieję – przyznaje. – Najtrudniej było mi zostawić nasz kościół, który budowaliśmy przez wiele lat. To był widoczny znak, że zachowaliśmy wiarę, którą przekazali nam nasi dziadkowie. To oni potajemnie uczyli nas polskich modlitw – opowiada. – W Polsce czuję się jak u siebie, jakbym od zawsze tu mieszkała – dodaje ze wzruszeniem Tatiana. – Mojego dziadka deportowano z Warszawy. W 1937 r. został rozstrzelany i nie wiemy, gdzie są jego szczątki. Babcia opowiadała nam, że zostali zesłani na Syberię. Z obawy o własne życie nie rozmawiali po polsku i zniszczyli wszystkie dokumenty świadczące o ich polskim pochodzeniu i szlacheckim stanie – wspomina Tamara Stefankowa, która na wyjazd czekała ok. 5 lat. Uważa, że Polska to jest jej kraj, mimo że nigdy w nim nie była. – Dużo czytałam i oglądałam wiele filmów o Polsce. W komórce mam zdjęcie rodzinnego herbu i wierzę, że dzięki niemu odnajdę więcej informacji o mojej rodzinie – opowiada.