Gdy ksiądz puka do drzwi…

Ks. Andrzej Rojewski

|

Gość Płocki 02/2013

publikacja 10.01.2013 00:00

– Najlepiej z wizytą duszpasterską do rodzin idźcie po Bożym Narodzeniu – radził płockim księżom abp Antoni Julian Nowowiejski.

 W Polsce zwyczaj kolędy jest znany już od XVII wieku W Polsce zwyczaj kolędy jest znany już od XVII wieku
Archiwum ks. Janusza Mackiewicza

Sięgamy do bardzo głębokiej historii i słownictwa, które dziś się zatarło. Ale gdy wielu krytykuje czas kapłańskiej kolędy, trzeba przypomnieć jej głębokie znaczenie. Już samo słowo wywodzi się z łacińskich „calendae Januarii” Oznaczają one pierwszy dzień stycznia, w którym zgodnie ze zwyczajem obdarowywano się upominkami bądź składano życzenia często w formie pieśni. Czasem kolędowania był Nowy Rok.

Kto daje prezenty?

Na początku nowego roku niektórzy cesarze rzymscy – jak podaje Oskar Kolberg – przyjmowali prezenty od poddanych, inni natomiast szczodrze je ludowi rozdawali na pamiątkę tzw. złotych wieków Saturna, kiedy to ludzie byli bardziej chętni do dzielenia się tym, co posiadali. Nim w kalendarzu kościelnym zapisano święto Bożego Narodzenia, a zatem przed połową IV wieku, chrześcijanie praktykowali przejęty od pogan zwyczaj obdarowywania się prezentami na Nowy Rok. Szybko jednak nastąpiła chrystianizacja dawnej obrzędowości, dzięki zastosowaniu nowej argumentacji. Nowej, bo znajdującej uzasadnienie w chrześcijaństwie: skoro Bóg dał ludziom w darze swego Syna, to należy Go naśladować w hojności i dobroci wobec ubogich, bądź tych, wobec których mamy dług wdzięczności. A więc u podstaw obdarowywania się była miłość Pana Boga, który pierwszy ludzi tak obficie, bo własnym Synem, obdarował. Tak rozumując, oddzielono zwyczaj obdarowywania się od Nowego Roku, a związano go z Bożym Narodzeniem. Słowo „kolęda” oznaczało jednak w dalszym ciągu wszelkie upominki, jakie gospodarze czeladzi, rodzice dzieciom, a sąsiedzi sąsiadom w tym czasie dawali. Prezenty były obopólne: każdy niósł drugiemu to, co mógł.

Kolęda z melodią

Utworzyła się też tradycja chodzenia od domu do domu, proszenia „o kolędę” i dziękowania za nią. Ślad tego znajdujemy w przyśpiewce: „Za kolędę dziękujemy, zdrowia szczęścia winszujemy, na ten Nowy Rok”. Przyjmujący kolędników dawali im dary „po kolędzie” lub „na kolędę”. Kolędą ze strony czeladzi, muzykantów czy żaków szkolnych były słowa dobrych życzeń, wypowiadane w formie wiersza lub piosenki. Kolędową odpowiedzią ze strony przyjmujących życzenia były konkretne dary w postaci ciasta, wędlin i innych produktów. Ks. Łukasz Gołębiewski pisał o obfitych darach kolędowych: „Kolęda bywała czasem znacznej wielkości i wartości. Magnat dawał niekiedy wieś, konia z sutym rzędem, puchar srebrny albo kiesę napełnioną złotem. Inni raczyli flaszką wódki gdańskiej, pierników toruńskich albo usposobili się (zaopatrzyli się) w tychże zapas dla przyjmowania odwiedzających siebie wtenczas. Teraz: cukiernie, stragany z lalkami, almanaki, czyli kalendarzyki z rycinami cudzoziemskie, a nade wszystko modniarki, dostarczają upominków na kolędę” („Lud polski, jego zwyczaje, zabobony”, Lwów 1884, s. 315). Istotą kolędowania była zatem wymiana darów. Ta idea została zawarta m.in. w kolędzie zaczynającej się od słów: „Jezusa narodzonego”. Śpiewamy w niej: „Jemu po kolędzie dary wzajem oddajmy”. A słowa ostatniej zwrotki zawierają prośbę: „Przyjmij, Jezu, po kolędzie te nasze dary; Odbierz sobie serce, duszę za swe ofiary; Byśmy Cię samego kochali jak swego: Stwórcę na wieki”.

Kto szczęście przynosi?

Takie jest także tło kolędy księdza. W Polsce wprowadził ten zwyczaj synod piotrkowski w 1628 roku, postanawiając, by pleban odwiedzał wszystkie domy swych parafian, poznawał ich, prowadził ich spis oraz badał, czy po chrześcijańsku wierzą. W pamiętnikach ks. Kitowicza (XVII w.) czytamy, że „Kolęda trwała od Nowego Roku do Wielkiego Postu (...). Dzieci i służących kapłan egzaminował z katechizmu; dziewczęta ubiegały się do stołka, na którym ksiądz siedział, w tem przekonaniu, że która pierwsza usiądzie, ta tego roku za mąż pójdzie. Po wsiach dawano księdzu słoninę, groch, ser, grzyby, orzechy, owoce, kokoszę, po kilka groszy, we dworach pieniądz i raczono księdza”. W „Pastorologii” bł. abp. A.J. Nowowiejskiego (Płock 1923 r. s. 172) czytamy, że: „najlepszy i najbardziej odpowiedni czas do odbycia kolędy (to okres) do W. Postu, (…) jej celem jest poznać rodziny swoich parafian, (...) sposób ich życia religijno-obyczajowy, relacje między członkami rodziny; między pracownikami i chlebodawcami; warunki życia materialnego, wpływy dobre i złe, (…) uleczyć ujemne strony życia religijnego (niedbalstwo w uczęszczaniu do kościoła w dni święte; małżeństwa bez ślubu kościelnego, nieznajomość zasad wiary i tym podobne), (…) zachęcić do pracowitości, oszczędności, udziału w życiu stowarzyszeń religijnych, dobrze usposobić do siebie i rozstawać się z parafianami (...) w ten sposób, iżby byli przekonani, że w duszpasterzu znaleźli serdecznego przyjaciela”. Jak zaznaczał arcybiskup, skutkiem kolędy winno być wskazanie kierunku pracy duszpasterskiej. Czyż te uwagi nie są także dzisiaj aktualne?