O poszukujących nowej ziemi

Agnieszka Małecka

|

Płocki 45/2012

publikacja 08.11.2012 00:00

Ustalając miejsce emigracji wielu mieszkańców tego miasta, można przekartkować cały atlas. – Oni są częścią naszej wspólnoty, dlatego chcemy się za nich modlić w święto jej patrona – podkreśla proboszcz parafii św. Marcina.

 Basia po studiach pracowała w Londynie, ale wróciła do Polski,  by tu szukać pracy. Jednak część jej rodziny jest nadal za granicą Basia po studiach pracowała w Londynie, ale wróciła do Polski, by tu szukać pracy. Jednak część jej rodziny jest nadal za granicą
Agnieszka Małecka

Już po jednym dniu od ogłoszenia w kościele, że zbierane są intencje, uskładało się kilkanaście karteczek z imionami, nazwiskami i nazwami krajów. Przynieśli je do parafii bliscy emigrantów z Gostynina.

– Pomysł zrodził się, gdy rok temu chodziłem po kolędzie i w rozmowach wychodziło, jak wielu ludzi wyjechało za granicę. Pomyślałem wtedy, że przecież jesteśmy nadal ich parafią matką i mamy zobowiązanie pamiętania o nich. W ubiegłym roku po raz pierwszy modliliśmy się za nich wspólnie, w uroczystość patrona parafii – wspomina ks. Ryszard Kruszewski.

Wspomnienie św. Marcina przypada 11 listopada i w ten dzień podczas Mszy św. w modlitwie wiernych odczytywane są imiona, nazwiska i kraje, do których wyjechały te osoby. Okazuje się, że od kilku lat mieszkańcy Gostynina jeżdżą za pracą najczęściej do belgijskiej Antwerpii. Można ich spotkać w Islandii, ale też na innych kontynentach.

Szukają pracy, bo na miejscu nie ma perspektyw. 21 proc. – tyle oficjalnie, według GUS, wynosiła w sierpniu stopa bezrobocia w powiecie gostynińskim, jak podaje PUP. Trudno się dziwić, że mieszkańcy wyjeżdżają, szukając swojej ziemi obiecanej. Ksiądz proboszcz pamięta z kolędy, jak w pewnym domu mężczyzna płakał, bo musiał wkrótce wyjechać na pół roku do pracy i zostawić żonę z dziećmi. Jednak wielu ludzi za granicą pozostaje dłużej, szuka swojego miejsca i godzi się na różne kompromisy.

Ks. Ryszard zwraca uwagę, jak wywołana emigracją rozłąka w rodzinie rozbija więzi i jak wielu ludzi zaczyna żyć w wolnych związkach. Dostrzega też zjawisko, które określa jako infekowanie tych, którzy tu zostali, nastawieniem na szybki zarobek, lepszy poziom życia, w którym jednak nie ma już miejsca na wiarę.

Barbara Wiktorska, która 2,5 roku spędziła w Londynie, ucząc w polskiej szkole, mówi: – Miałam kilka uczennic, które wspominały, że ich rodzice się rozeszli. Bo jednak wielu z nas nie potrafi się tam odnaleźć. W Londynie na przykład jest miks kulturowy. Kiedy wyjeżdża ktoś stąd, to najpierw przeżywa w pewnym stopniu szok, ale później zaczyna identyfikować się z tą wielokulturowością. Zaczyna w to wchodzić głębiej, biorąc trochę stąd, trochę stamtąd. To wynik samotności, chęci identyfikowania się z otoczeniem – opowiada.

Wspomina, że znała osoby, które weszły w grupy parareligijne, albo młode kobiety, które szybko związały się z wyznawcami islamu. Dla niej samej to była raczej szkoła patriotyzmu, bo tam doceniła bardziej polską kulturę, między innymi dzięki spotkaniom w parafii z dawnymi emigrantami polskimi.