Diecezjalny Dzień Chorego w parafii św. Józefa stał się w tym roku zaproszeniem, by w chorobie odkrywać obecność Boga, który nie jest źródłem cierpienia, ale światłem prowadzącym ku życiu.
Diecezjalne obchody Światowego Dnia Chorego odbyły się w niedzielę 15 lutego w parafii św. Józefa w Ciechanowie. Wspólna modlitwa zgromadziła osoby chore, ich bliskich oraz tych, którzy na co dzień im towarzyszą. Spotkanie rozpoczęło się Różańcem w intencji chorych, a centralnym punktem była Msza św. połączona z sakramentem namaszczenia chorych, której przewodniczył ks. Rafał Grzelczyk, proboszcz parafii Węgrzynowo.
W homilii celebrans zatrzymał się nad doświadczeniem choroby, przypominając, że nie ma dwóch identycznych dróg cierpienia. Mówił o chorobach, które przychodzą nagle i gwałtownie, o takich, które rozwijają się po cichu oraz tych, które trwają latami i stopniowo ograniczają codzienne życie. Przychodzi też starość – krucha i wymagająca – która wcześniej czy później dotyka każdego. – Niezależnie od tego, co przeżywamy, w sercu człowieka niemal zawsze pojawia się pytanie: „dlaczego?” – mówił kaznodzieja, podkreślając, że Bóg nie jest źródłem choroby ani cierpienia, lecz miłości i uzdrowienia.
Ks. Grzelczyk zwrócił uwagę na duchowe zmaganie, które towarzyszy chorobie. Pokusa, by obarczyć Boga winą za własne doświadczenia, może prowadzić do zwątpienia i zamknięcia się w sobie. – Zły duch wykorzysta chorobę, aby nas zmanipulować, abyśmy Boga obwiniali za swoje cierpienie. Choroba potrafi nas osaczyć, tworzy w nas „bańki”, które zniekształcają właściwy obraz rzeczywistości, odbierają kolory i nadzieję – mówił, zachęcając, by nie poddawać się mentalności rezygnacji, umartwiania się i potęgowania cierpień.
Ważnym wątkiem homilii była także odpowiedzialność za własne zdrowie. Kapłan, odwołując się do osobistego doświadczenia, przypomniał, że obok wiary potrzebny jest rozsądek i troska o siebie, o ciało, które jest „naczyniem Ducha Świętego”. Zaniedbania, brak umiaru czy lekceważenie sygnałów organizmu mogą prowadzić do wielu chorób. – Wiem, że wiele chorób sprowadziłem na siebie sam przez zaniedbania. Pan Bóg chce, byśmy z Nim współpracowali: dbali o siebie, szukali pomocy, nie poddawali się – podkreślał. Zauważył, że w przeżywaniu choroby brakuje ludziom wiary i nadziei, doceniania Łaski Bożej, dzięki której można przezwyciężyć zwątpienie. - Jest wiele światła, które Bóg wlewa w to nasze cierpienie. Dzisiaj przychodzimy z tymi naszymi „krzyżami”, prosimy Matkę Bożą z Lourdes, aby Jej Syn wlał w nasze życie światło-nadzieję, które pozwalają nie poddawać się i cieszyć życiem, na ile to możliwe, w chorobie – powiedział.
Kazanie zakończyła obrazowa przypowieść o dzieciach nienarodzonych, które spierają się, czy istnieje życie po narodzinach. Ten obraz stał się kluczem do zrozumienia sensu chrześcijańskiej nadziei: choroba i cierpienie nie są końcem, lecz przygotowaniem do pełni życia. – To, co najpiękniejsze, jest dopiero przed nami. Choroba niczego nam nie zabiera – przypomniał kaznodzieja, wskazując na perspektywę spotkania z Ojcem, gdzie „nie będzie bólu ani łez”.
Po Eucharystii, w budynku dawnego „Katolika”, uczestnicy wysłuchali dwóch wykładów poświęconych pytaniu „Czy cierpienie ma sens?”. Wygłosiły je neurolog dr Urszula Rudzińska oraz lekarz rodzinny Elżbieta Kuminiarczyk. Spotkanie stało się dopełnieniem modlitwy – przestrzenią refleksji, rozmowy i umocnienia nadziei, że nawet w chorobie można odnaleźć światło.