• facebook
  • rss
  • Bóg pobłogosławił moim marzeniom

    Agnieszka Małecka

    |

    Gość Płocki 41/2017

    dodane 12.10.2017 00:00

    Aleksandra Golińska, laureatka tegorocznej nagrody „Świadek wiary”, o byciu dentystą w Kamerunie i odważnym chrześcijaninem w Polsce.

    Agnieszka Małecka: Czy podjęcie wolontariatu było u Pani przemyślaną decyzją czy spontanicznym pomysłem?

    Aleksandra Golińska: Jestem osobą bardzo aktywną, nie lubię nudzić się w życiu. Poza tym, jeżeli podejmuję decyzję, to za nią konsekwentnie idę. Od podstawówki miałam zawsze mnóstwo zajęć: trenowałam lekkoatletykę, śpiewałam w kościelnym zespole, byłam we wspólnocie. Na studiach podobnie – zaangażowałam się w wolontariat w fundacji PRO Prawo do życia. To był mój bunt wobec tego, co działo się w środowisku studenckim – wiele osób aprobowało aborcję, in vitro. Poglądy katolickie były passé. Pomyślałam, że nie chcę być szarą myszką, która na wszystko się godzi, i że nie chcę siedzieć cicho. Potem, gdy byłam na IV roku, pojawił się u nas z wykładem Konrad Rylski, który zapoczątkował akcję „Dentysta w Afryce”. Po tym spotkaniu wszyscy stwierdziliśmy: jedziemy na misje.

    Od chęci do wykonania jest długa droga. Jak to było u Pani?

    Zaczął się V rok studiów i zapomniałam o tamtym spotkaniu. Dopiero na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie bardzo osobiście odebrałam słowa Franciszka, który na końcu przemówienia o wstawaniu z kanapy powiedział: „Bóg błogosławi waszym marzeniom”. To był moment, gdy kończyłam staż, ale nie byłam jeszcze gotowa zakładać działalność, „uwiązać się”. Przypomniały mi się moje dwa marzenia: roczny pobyt w Hiszpanii i wyjazd na misje do Afryki jako dentysta. Około tygodnia chodziłam z tą myślą, dzwoniłam w różne miejsca, szukając kontaktu, ale słyszałam wszędzie, że nie ma miejsca. Pomyślałam: „trsudno, jadę w góry”. I w tym dniu, gdy miałam wyjeżdżać, dostałam e-maila, że zwolniło się miejsce dla dentysty w Kamerunie. Nie posiadałam się z radości. W Kamerunie trafiłam do miejscowości Abong-Mbang, ponad 200 km od stolicy, do przychodni katolickiej, którą prowadzi Zgromadzenie Sióstr Najświętszej Duszy Chrystusa Pana. To było dokładnie rok temu. Przepiękne doświadczenie życiowe.

    Czego nauczyły Panią te trzy miesiące pracy w Kamerunie?

    To, co mnie na początku zaskoczyło, to duży stopień socjalizacji. Ludzie nie siedzą tam pozamykani w domach, ale spędzają czas na zewnętrz. Uderzające było też to, że mieszkańcy Kamerunu, chociaż nie mają wielu rzeczy, a ich perspektywy rozwoju są bardzo słabe, kipią radością, energią i cieszą się życiem. My wszystko planujemy, mamy bardzo dobrze wyliczoną przyszłość, co jest pod wieloma względami dobre, ale przez to cały czas jesteśmy gdzieś w przyszłości i nie cieszymy się chwilą obecną. Ci ludzie bardzo dużo mnie nauczyli. W Afryce czułam się potrzebna, bo dentystów jest tam bardzo mało. Czasem jechałam do jakiejś odległej wioski na 3–4 dni. Dlatego po powrocie do Polski miałam przez pewien czas myśli, że skoro tam można było pomóc tylu osobom, to po co tu być, w Polsce?

    Wolontariusz daje coś z siebie, ale podobno więcej otrzymuje…

    Wolontariat daje mi poczucie, że jest coś ważniejszego niż to, co proponuje dzisiejszy świat – pogoń za stanowiskiem czy lepszą pracą. Nie mówię, oczywiście, że to jest złe, bo należy pracować, rozwijać się. Ale to, że komuś mogę poświęcić mój czas, a raczej spędzić go z kimś, jest inwestycją w przyszłość. Uczę się życia z ludźmi. Poprzez wolontariat chcę pielęgnować to, co jest w życiu ważne – przyjaźnie, spędzanie wspólnie czasu z rodziną, spełnianie marzeń. Chcę podkreślić, że wszystkie moje działania były dla mnie frajdą, wiele się uczyłam i coś zyskiwałam. Wolontariat to nie cierpiętnictwo, wyrzeczenie. Idąc do hospicjum, nie myślałam, że muszę tam iść, ale że jest mi przykro, bo spotykam się tam ze śmiercią. Podobnie, gdy pomagałam w kuchni pielgrzymkowej, wstając rano i śpiąc tylko trzy godziny.

    Co by Pani powiedziała tym, którzy na przykład chcą, ale boją się wyjechać na misje?

    Wielokrotnie pytano mnie: „Nie boisz się jechać do Afryki?”. Nie. Nie myślę o tym. Życie jest za krótkie, żebym się bała. Oczywiście, słyszeliśmy, że wolontariuszka Helena Kmieć została zamordowana w Boliwii i trudno coś powiedzieć w takiej sytuacji. Ale myślę, że trzeba przyjąć to ryzyko i iść dalej. Pamiętam słowa Matki Teresy z Kalkuty, które mnie prowadzą w życiu: „Kto prawdziwie ufa Bogu, podróżuje bezpiecznie”. I jeszcze słowa zanotowane przez św. s. Faustynę: „Jezu, ufam Tobie”, czy modlitwa o. Dolindo: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Nie chcę mówić, że można być nierozsądnym, nieroztropnym i lecieć w ciemno, bez przygotowania. Ale jeżeli ktoś ma dobre pragnienie, niech się pomodli, niech spędzi kilka dni w ciszy i pozwoli dojść do głosu swoim pragnieniom. Przez to, że się na coś zgadzam, odważam się coś zrobić, otwierają się nowe perspektywy. Nigdy nie darowałabym sobie, że nie poleciałam do Afryki...


    agnieszka.malecka@gosc.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół