• facebook
  • rss
  • Dzień, który boli

    ks. Włodzimierz Piętka

    |

    Gość Płocki 37/2017

    dodane 14.09.2017 00:00

    – Wieziono nas w bydlęcych wagonach, karmiono zupą z wielbłąda, a gdy ktoś umierał w drodze, jego ciało wyrzucano prosto na step – wspomina pani Helena.

    Helena Sędzicka od 61 lat mieszka w Ciechanowie, ale jej korzenie to Wileńszczyzna, ukochane i utracone Kresy: dom, z którego wygnano jej rodzinę, wspomnienie o ojcu, który zmarł w łagrze, i przeraźliwa myśl o kołchozie, w którym powiedziano jej, że ma „pracować na wieczność”. Oto jedna z historii, która symbolicznie wpisuje się w datę 17 września 1939 roku. Wciąż jest żywa i boli, ale – jak zaznacza pani Helena – powoli leczą ją wiara i potrzeba przebaczenia.

    Z ziemi utraconej...

    Urodziła się w 1937 r. w Smorgoniach na Wileńszczyźnie. Dziś jest to Białoruś i województwo grodzieńskie. Pani Helena pamięta, że nieopodal ich domu przepływała rzeka Wilejka. Jej rodzice pochodzili z dawnego zaścianka Szutowicze, gdzie wśród mieszkańców dominowało ich nazwisko – Szutowicz. Ich sąsiadami byli Polacy, Żydzi i Białorusini. I choć przed wojną zdarzały się prowokacje i ataki band, to żyło się spokojnie. Potem przyszła wojna. – Nie wiedzieć dlaczego, bo byłam wtedy małym dzieckiem, ale w pamięci utkwiły mi bombardowania i oddziały przechodzących przez naszą ziemię: Niemców, Rosjan, potem znowu: Niemców i Rosjan. Gdy przyszli ci ostatni, wszystko niszczyli – wspomina. Opowiada też, jak w czasie wojny w ich miejscowości Niemcy sprowadzili grupę Żydów do jednej ze stodół i tam żywcem spalili. W 1944 r. weszła Armia Czerwona i warunki życia znacznie się pogorszyły. Zaczęto przesiedlać ludzi: do Smorgoni sprowadzono wielu Rosjan. – Gdy przyszli Sowieci, trzeba było oddać wszystko do kołchozu. Rodzice mieli niewielkie gospodarstwo rolne i cegielnię, więc Sowieci ziemię zabrali, a cegielnię zburzyli. Zostawili tylko dom, ale dokwaterowali im rosyjską rodzinę ze Smoleńska, zaś ojca „jako kułaka i element polityczny” skazali na 10 lat łagru na Syberii. Nigdy go już nie zobaczyliśmy, choć mama robiła wszystko, aby do niego dotrzeć i przekazać mu paczkę. Wybrała się nawet w drogę na wschód, jechała na dachu pociągu, aby za wszelką cenę do niego dotrzeć, ale się nie udało. Zostałam więc sama z mamą, bo moja młodsza siostra zmarła w czasie wojny na szkarlatynę – opowiada pani Helena. Wojna niby się skończyła, granice się zmieniły, ale bardzo wielu ludzi nie mogło wrócić do Polski. Dlaczego? Przede wszystkim ze względów rodzinnych: wciąż czekali na swoich bliskich, którzy zostali wywiezieni do łagru. Wierzyli, że ponieważ zostali skazani „za nic”, to wkrótce wrócą. Inni wreszcie zostali, bo nie mogli opuścić swoich chorych i nienadających się do podróży rodziców czy dziadków. Została również Anna Szutowicz z córką Heleną. Za jakiś czas dostały informację, że Adolf Szutowicz zmarł w październiku 1948 roku. – Dowiedziałyśmy się, że gdy mój ojciec leżał już ciężko chory, poprosił jakiegoś Rosjanina, aby ten powiadomił o jego śmierci najbliższych i przekazał mu nasz adres. I dostaliśmy tę informację napisaną ołówkiem na skrawku papieru. Zostałyśmy więc naprawdę same. Nie było za co żyć... – wspomina pani Helena.

    ...do ziemi niczyjej

    Wysiedlenia były kwestią czasu. Polacy byli nazywani nie inaczej jak „polackimi mordami”. Przyszedł rok 1952. Przewidując najgorsze, Anna Szutowicz zaczęła ukrywać się z córką przez dłuższy czas u sąsiadów i u nich spędzać noce. – Była chyba 2.00. Pod nasz dom zajechał samochód z enkawudystami. Mama wiedziała, co będzie się działo. Powiedziała mi, abym uciekała, ale gdy otworzyłam okno, tam już stał jeden z nich z karabinem. Dali nam pół godziny na spakowanie się. Zawieźli do jakiejś szopy w Smorgoniach, a stamtąd, gdy już „uzbierali komplet” Polaków, do Oszmianki. A dalej – do Kazachstanu – opowiada pani Helena. To był ogromny transport. Wieziono ich chyba przez dwa tygodnie. Pociąg zatrzymywał się średnio co drugi dzień, wtedy deportowani otrzymywali „kipiatok”, czyli gorącą wodę, ale żywności żadnej. – Gdy byliśmy już blisko miejsca osiedlenia, dawali nam zupę... z wielbłąda, ale ponieważ wszyscy byli głodni i chorzy, jedliśmy ją. Wieziono nas w bydlęcych wagonach, a każdego wagonu pilnowali uzbrojeni żołnierze, jakbyśmy byli ich najgroźniejszymi wrogami. Gdy ktoś umierał w drodze, jego ciało wyrzucali prosto na step, przez który przejeżdżaliśmy – wspomina. Do południowego Kazachstanu, gdzieś już blisko Taszkientu i Uzbekistanu, transport deportowanych Polaków dotarł 1 maja 1952 roku. Załadowano ich następnie na samochody ciężarowe i rozwieziono do kołchozów oddalonych od siebie o 200 i 300 kilometrów. Tam już wcześniej zostali deportowani Gruzini i Ormianie. – Gdy nas tak wieźli przez wiele godzin, przy drodze widzieliśmy stojących ludzi, którzy patrząc na nas, płakali. Potem zrozumieliśmy dlaczego – mówi pani Sędzicka. Wraz z matką trafiła do kołchozu „8 Gwardia”, w powiecie Abaj-Bazar. Do mieszkania przydzielono im... ziemianki, oczywiście bez podłóg i miejsc do spania, z dachami zrobionymi z grubej trzciny. Już pierwszej nocy nawiedziło ich trzęsienie ziemi. – Powiedzieli nam, że mamy budować Związek Sowiecki i że przywieziono nas tam „na wieczność”. To brzmiało jak wyrok i strasznie bolało – wspomina. Pani Helena z matką pracowały na polach kukurydzy i przy zbiorach bawełny. Do pracy dawano im kilofy, bo ziemia była gliniasta i latem twarda jak skała, a w porze deszczowej stawała się błotem. Odżywiały się kukurydzianymi plackami. Przez cały pobyt tęskniły za chlebem, ale nie mogły go nigdzie dostać. Wodę czerpały z kanałów nawadniających, który były też wodopojem dla zwierząt domowych i dzikich. Aby kupić coś dodatkowego do jedzenia albo mydło, szły do odległego miasta. Ale do tego potrzebna była przepustka. – Kiedyś poszłam tam z moją polską sąsiadką, ale nas aresztowano. Przesłuchując nas, krzyczeli, że nie mamy prawa kupić chleba bez przepustki. Miałam wtedy 14 lat. Zaczęłam płakać. Z pustymi rękami wróciłam długą drogą do domu. Nie miałyśmy więc chleba, ale nie opuściłyśmy nigdy modlitwy. Już gdy nas wieźli pociągiem do Kazachstanu, modliłyśmy się z mamą, aby Bóg nas nigdy nie opuścił. I nas wysłuchał – opowiada o trudnych latach 50. Nie było mowy o ucieczce z kołchozu. Gdy próbował to zrobić pewien Polak, skazano go na 25 lat więzienia. Więc matka i córka podejmowały inne próby zmiany swojej sytuacji. Młoda Helena chciała się uczyć. W tej sprawie zaczęła pisać do władz. Ostatecznie pozwolono jej na naukę w powiatowym mieście, dokąd wkrótce sprowadziła swoją matkę. – Tam było już więcej Polaków. Czasami spotykaliśmy się i czytaliśmy Mszę św. W taki sposób modliliśmy się po polsku. Mieszkałyśmy w przybudówce do domu, w pokoiku liczącym 4 m kw. Do sąsiadów chodziliśmy gotować wodę, spałyśmy na podłodze. Gdy było zimno, mama chodziła do sąsiadów, aby nagrzać cegłę. Potem owijała ją w gałgany i kładła nam pod nogi. I tak przeżyłyśmy w Kazachstanie pięć lat. – Chciałam dalej się uczyć. Skierowano mnie do szkoły rolniczej, ale nie chciałam tam chodzić. Zapisałam się więc do szkoły felczerskiej – dodaje. Gdy zmarł Stalin, przyszły zmiany w położeniu Polaków, choć nie od razu. Jednak po pewnym czasie otworzyła się możliwość wyjazdu niektórych do ojczyzny. Potrzebne było jednak zaproszenie z Polski. Na szczęście, po wojnie pod Ciechanowem osiadł stryj pani Heleny i to on zaprosił je formalnie do Polski. Do Ciechanowa przyjechały w październiku 1956 roku. Tu pani Helena skończyła szkołę pielęgniarską i pracowała w szpitalu. Tutaj również poznała swojego męża i założyła rodzinę. Jej mama doczekała wolnej Polski. Zmarła w Ciechanowie w 1990 roku. A sama pani Helena, dziś już wdowa, od wielu lat prowadzi sklep zielarski i bierze czynny udział w życiu publicznym miasta. Należy do Związku Sybiraków i jest przykładem człowieka, który mimo tylu trudnych doświadczeń nie poddał się. – To wszystko trudno jest opowiedzieć, zapamiętać i zrozumieć, ale proszę Pana Boga o jedno – aby taka historia, jak moja, nigdy się już nie powtórzyła – mówi Helena Sędzicka. • Korzystałem z publikacji Edwarda Lewandowskiego „Wschodnie losy ciechanowian”, Ciechanów 2003.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół