• facebook
  • rss
  • Kto dziś myśli o seminarium?

    wp

    dodane 06.09.2017 23:01

    Na Nowowiejskiego 2 w Płocku czas wielkiego oczekiwania i modlitwy za tych, którzy myślą o kapłaństwie i chcą wstąpić do WSD.

    7 września odbywa się egzamin wstępny dla kandydatów na I rok. Towarzyszy mu wytrwała modlitwa wielu osób i wspólnot o nowe powołania, wielkie nadzieje i pewien niepokój, bo coraz mniej kandydatów puka do seminaryjnej furty.

    - Jedna ścieżka, aby rozpoznać powołanie wiedzie przez pogłębione doświadczenie religijne. Ono pozwoli ukierunkować całe życie i wielokrotnie uchroni przed zwątpieniem i nierozwojowym kryzysem. Ono da również subiektywne poczucie pewności, że to Pan wzywa i prowadzi. Druga ścieżka wiedzie przez powolne dochodzenie do przekonania, że kapłaństwo jest moją drogą, a prowadzi przez rodzinę, wspólnotę ministrancką, oazę, rekolekcje, do przekonania, że w tym właśnie stylu życia dojrzewamy i odnajdujemy nasze miejsce i powołanie - mówi ks. rektor Marek Jarosz.

    - Dziś młodzi ludzie eksperymentują i wydają się być odważni w różnych dziedzinach, ale niestety, nie są skłonni do ryzyka w życiu duchowym. A więc ta ich odwaga jest tylko pozorna. Jeśli więc komuś towarzyszy niepewność i wątpliwości, a z drugiej strony świadomość, że coś w sercu się rodzi: jakiś głos i wewnętrzne przynaglenie, to zachęcam do odważnej i męskiej decyzji, aby przyjść do seminarium i rozeznać - dodaje ks. rektor.

    - Sprawa powołań musi nas boleć - uważa ks. prof. Ireneusz Mroczkowski. Warto tu przytoczyć jego refleksję, który niedawno ukazała się na jego blogu. "Z kryzysem powołań kapłańskich w Polsce jest jak z chorobą, która rozwija się po cichu, bez rzucających się w oczy objawów. Zdarza się, że chory latami nosi taką przypadłość, nieźle się czuje, nic go nie boli, wydaje mu się, że jest zdrów. Do tej pory nigdy nie chorował, nie zawracał więc sobie głowy badaniami, mimo uszu puszczał uwagi bliskich o takiej czy innej grupie ryzyka.

    Kryzys powołań kapłańskich i zakonnych w Polsce narasta co najmniej od dwóch dekad a może i dłużej. Najpierw nie tyle zmniejszała się liczba kandydatów, co rzucały się w oczy cechy młodych ludzi, którzy wstępowali do seminariów; ich niezdecydowanie, rozchwiana emocjonalność, niewyraźny, żeby nie powiedzieć powierzchowny ideał przyszłego księdza. Tłumaczyliśmy to sobie ogólnymi zmianami w mentalności młodych, liberalizmem w kulturze, niewydolnością wychowawczą szkoły.

    Wszystkie te tłumaczenia usypiały naszą czujność. Im więcej potrafiliśmy wymienić przyczyn kryzysu, tym bardziej czuliśmy się usprawiedliwieni; to przecież nie nasza wina, że zmienia się kultura, styl życia, że naszą młodzież porywa dzika wolność. My przecież katechizujemy, prowadzimy grupy ministranckie, chodzimy na pielgrzymki, staramy się reformować nasze duszpasterstwo. Kosztuje nas to niemało wysiłku, czasami zdrowia, więc bez sensu byłoby mówienie o winie, bólu czy zaniedbaniu.

    W międzyczasie przyszedł kryzys rodziny, w seminariach zaczęli pojawiać się kandydaci z rodzin niepełnych, czasami dysfunkcyjnych. Zintensyfikowaliśmy więc pracę psychologów, otworzyliśmy się na różnego rodzaju terapie. Niestety, coraz mniej młodych przychodziło do kościołów, coraz trudniej było znaleźć chętnych do służby ministranckiej. Kościół stawał się nie tylko niemodny, ale w niektórych środowiskach nieakceptowany /to obciach/. Do szerokiego grona młodzieży mieliśmy tak naprawdę dostęp na katechezie, która stawała się dla wielu katechetów przyczyną utrudzenia graniczącego z wyczerpaniem. W takiej sytuacji myśli się raczej o własnym przetrwaniu niż losie Kościoła.

    Niszczące dla akcji powołaniowej okazały się podziały w Kościele, a zwłaszcza skandale życia kapłańskiego. Tych zaś namnożyło się w wolnej Polsce co niemiara. Wiele racji mają ci, którzy twierdzą, że to my, księża, jesteśmy w dużej mierze odpowiedzialni za katastrofę powołaniową. Wraz z wolnością prasy, także tej nieprzychylnej Kościołowi, odsłoniło się tyle gorszącego zła w naszych szeregach, że niejeden młody człowiek poczuł się przybity psychicznie i podłamany duchowo. Na domiar złego zaczęliśmy rozliczać się publicznie, oczyszczać przed kamerami, szukać prawdy u prokuratorów, po świecku demaskować struktury grzechu.. W emocjach rozliczeń zagłuszyliśmy nawet najmniejsze oznaki bólu z powodu kryzysu powołań.

    Brak bólu usypiał naszą czujność tym bardziej, że księży ci u nas do niedawna było w bród, etaty wikariacie poobsadzane, ba na nominację proboszczowską trzeba czekać przeszło dwadzieścia lat. To skłaniało wielu nie tylko do zdecydowanego zaprzeczania kryzysowi, ale traktowania jako malkontentów duchowych tych, którzy mówią o kryzysie. Niektórzy mówią w tym kontekście o nieprzystającym duchownym braku zaufania do Pana Boga; przecież On troszczy się o swój Kościół. Tu wszelka oznaka bólu byłaby chyba hipochondrią.

    Tak było do czasu. Teraz, kiedy w seminariach pojawia się na pierwszym roku kilku kandydatów, a w niektórych diecezjach zdarzają się lata bez święceń kapłańskich, kiedy redukuje się etaty wikariuszowskie, nie można zamykać oczu, szukać łatwych usprawiedliwień, tłumaczyć przyczynami ogólnymi. Kryzys powołań musi zaboleć. Poza problemami, które stwarza sam w sobie, jest oznaką kryzysu Kościoła w Polsce. A to powinno zaboleć; nas księży, rodziców chrześcijańskich, każdego wiernego, tak osobiście jak i społecznie, czyli w parafiach, zrzeszeniach, ruchach, stowarzyszeniach, akcjach, odnowach itp. Na razie nie słyszę, żeby z serc wierzących w Polsce, przecież zatroskanych o Kościół, wyrywał się krzyk bólu z powodu braku powołań.

    Oczywiście, za takim krzykiem powinna iść właściwa terapia, lecząca choroby naszego Kościoła. Koniecznie jednak trzeba poczuć ból".

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół