• facebook
  • rss
  • Zna mnie tu więcej osób niż w Gruzji

    Wojciech Ostrowski

    |

    Gość Płocki 28/2017

    dodane 13.07.2017 00:00

    – Jestem szczęśliwy i wszystko zawdzięczam Bogu – powtarza Martin Aroyan, który po raz drugi gościł w Przasnyszu.

    Rok temu uczestniczył w Światowych Dniach Młodzieży. Wtedy po raz pierwszy razem z grupą 50 innych Ormian z Gruzji odwiedził miasto nad Węgierką. Martin nie był jedynym, który zakochał się wtedy w Przasnyszu i zaprzyjaźnił z jego mieszkańcami. Szybko zatęsknił.

    – Na pewno jeszcze się spotkamy – zapewniał przed wyjazdem z Polski. Marzył, aby przyjechać tu jeszcze raz. Dzięki przyjacielskim więzom, jakie nawiązały się między nim a rodziną Luizy i Jarosława Dawidziuków, u których gościł, pragnienie to dość szybko się spełniło. Martin ucieszył się, że znów znalazł się wśród polskich przyjaciół. Swoich gospodarzy nazywa mamą i tatą, a ich dzieci siostrą i bratem. Do przyjazdu przygotowywał się już zimą. Luiza uczyła go polskiego i zapoznawała z polskimi zwyczajami. – Te dwa miesiące w Polsce były jak dwa lata w Gruzji – ocenia Martin. – Wszystko mi się tu podobało. Dużo zobaczyłem i nauczyłem się grać na bębnie, perkusji i gitarze. Grałem też w piłkę nożną w przasnyskiej drużynie. Jest człowiekiem obdarzonym wieloma zdolnościami i zainteresowaniami; jest dziennikarzem radiowym, aktorem teatralnym, piłkarzem drugoligowego gruzińskiego klubu piłkarskiego oraz muzykiem. Jeżdżąc na rowerze, dobrze poznał miasto. Był też w sąsiednich miejscowościach, a także w Białymstoku, Pułtusku, Olsztynie i Warszawie. Jednym z jego największych przeżyć była wizyta na Stadionie Narodowym, kiedy udało mu się dotknąć koszulki Roberta Lewandowskiego. Podobały mu się też spotkania przy ogniskach, kiedy grał i śpiewał. Przy okazji uczył Polaków ormiańskich i gruzińskich tańców, a oni uczyli go... disco polo. Martina cieszyły nawet tak – zdawałoby się – prozaiczne wydarzenia jak wyjazd na wieś, gdzie oglądał wszystko z zaciekawieniem, a wielką frajdę sprawiła mu jazda traktorem. – Każdy dzień był szczególnie dobry i ważny – zaznacza Ormianin. – Zaprzyjaźniłem się z wieloma osobami, w Przasnyszu zna mnie chyba więcej osób niż w Gruzji. Trafił na kilka barwnych wydarzeń, jak Przasnyski Jarmark Staropolski oraz uroczystość Bożego Ciała z procesją i Wieczorem Chwały przy przasnyskiej farze. Jego gospodarze pokazywali mu różne formy polskiej religijności, np. zabierając go na nabożeństwo majowe przy wiejskiej figurce. Jako członek rodziny uczestniczył w bierzmowaniu swojego polskiego brata. – Tłumaczyłam mu dwa dni, o co chodzi, bo u Ormian nie ma takiej uroczystości – wyjaśnia Luiza. Martin bardzo głęboko przeżył ten dzień. Zresztą sprawy wiary były dla niego najważniejsze podczas pobytu w Polsce. – Najciekawsze dla mnie były rozmowy o Bogu i spotkanie w szkole, do której mnie zaproszono. Potem czułem się niezwykle, nawet nie potrafię wyrazić, jakie to było uczucie, jak moja dusza się cieszyła. Wtedy zaczynała się moja bliska przyjaźń z Jezusem – mówi. Podczas spotkania w jednej z przasnyskich szkół Martin dał świadectwo swojej wiary. – To, że tu teraz z wami jestem, a także to, że mogłem rok temu uczestniczyć w Światowych Dniach Młodzieży, poznać tylu wspaniałych ludzi i przeżyć wiele wspaniałych chwil, zawdzięczam Panu Bogu – dzielił się. – I za to wszystko jestem Bogu bardzo wdzięczny. Wiem, że bez Jego woli nie przeżyłbym tego wszystkiego i nie doświadczył tylu łask. Razem z grupą przasnyskiej młodzieży uczestniczył w spotkaniu na Lednicy, które wydawało mu się „kolejnym Światowym Dniem Młodzieży”. – To był najlepszy dzień, którego nie zapomnę, bo był szczególny – zwierza się. – Bardzo mi się tam podobało, bo było bardzo dużo muzyki. Nawet gdybym chciał się tam źle czuć, nie udałoby mi się to. Najważniejsze, że tam pojechałem i przeszedłem przez Bramę Rybę. Tam również włączył się do wspólnego grania i śpiewania. Bardzo podobały mu się lednickie pieśni. Duże wrażenie zrobiły też na nim oświadczyny, które zobaczył na lednickiej scenie. Młody Ormianin jest bardzo wdzięczny swoim polskim rodzicom za zaproszenie i wszelkie dobro, którym go obdarzyli. – Mógłbym długo opowiadać, jak mi było u Luizy i Jarka, ale po prostu brakuje mi słów – zapewnia. – Było jak u mamy i taty. Luiza jest moją mamą na 10 tys. proc. Martin przytacza, czym szczególnie go ujęli. Jest kibicem klubu FC Barcelona, w którym chciałby też grać. Jego radość nie miała granic, kiedy w przeznaczonym dla siebie pokoju zobaczył pościel w barwach tej drużyny. Nic więc dziwnego, że w Dniu Matki Martin razem ze swoim polskim rodzeństwem przygotował dla „polskiej mamy” miłą niespodziankę. – Dla mnie też jego obecność była nowym, wspaniałym doświadczeniem – mówi Luiza. – Od Martina dużo się można nauczyć. Mam na myśli jego sposób postrzegania świata, sposób bycia, serdeczność, szlachetne serce, mądrość życiową – pomimo tak młodego wieku. Ciągle myśli i troszczy się o innych. Mówię mu kiedyś: pomyśl też o sobie! A on na to: o mnie myśli Pan Bóg. Przed wyjazdem Martin nauczył ją i inne zaprzyjaźnione osoby przygotowywania gruzińskich pierogów chinkali. Rozstanie nie było dla nikogo łatwe, choć nikt nie miał wątpliwości, że kolejne to tylko kwestia czasu. Na osłodę tuż przed odlotem Martin oraz żegnające go osoby przy odtwarzanej z telefonu muzyce odtańczyli na lotnisku popularną belgijkę, ku ogólnej radości innych pasażerów i obsługi.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół