• facebook
  • rss
  • Boli, ale wierzę

    ks. Włodzimierz Piętka

    |

    Gość Płocki 15/2017

    dodane 13.04.2017 00:00

    To będą trudne święta dla pani Marii i jej rodziny. Będą łzy, ale będzie i żywa wiara.

    Karol zmarł prawie trzy miesiące temu. Jego Wielki Piątek trwał wiele miesięcy, dziś staje się świadectwem wiary jego matki dla naszych Czytelników. Choroba trwała półtora roku i od samego początku rokowania były jednoznacznie negatywne. Pani Maria miała złe przeczucie od pierwszej diagnozy, a kolejne badania i stwierdzane przerzuty potwierdzały najczarniejszy ze scenariuszy.

    Ile mi zostało?

    Karol zachorował na mięsaka, bardzo zjadliwy typ nowotworu, z którego w Polsce nikt jeszcze się nie wyleczył. – Najtrudniejsze były te pierwsze, jednoznaczne diagnozy, które brzmiały dla Karola jak wyrok. Niestety, już na samym początku lekarze mieli 97 proc. pewności, że jest to nowotwór. Rozpoczęła się walka. Ja oddałam go wtedy Matce Bożej i powtarzałam sobie: „Boże, Ty sam wiesz, co jest najlepsze”. To był bardzo świadomy akt zawierzenia Bogu z mojej strony. Wszystkich też prosiłam o modlitwę. Z drugiej strony jednak byłam realistką i stopniowo przygotowywałam się na pożegnanie. Z punktu widzenia medycznego trudno mi było mieć nadzieję. Ale dawała mi ją wiara, że w tej beznadziejnej sytuacji może objawi się palec Boży, i była prośba o cud, ale też moja zgoda na wypełnienie się woli Bożej – opowiada Maria Bartołd. Trudnym momentem była rozmowa Karola z lekarzem i pytanie: „Ile mi zostało życia?”, gdy okazało się, że trzeba już zaniechać dalszego leczenia. – To była też trudna rozmowa w karetce, gdy z Warszawy wracaliśmy do Ciechanowa. On był realistą i chciał znać prawdę o swoim stanie. Ale gdy zaczął mi mówić, że musi pozamykać wiele spraw rodzinnych i zawodowych, ja zapytałam go wprost: „A co z Panem Bogiem, co ze spowiedzią?” – wspomina pani Maria. Był bunt i wielki ból. Ale był też cud. – Mój syn w chorobie się nawrócił! Gdyby nie ten jego krzyż, nie byłoby wspólnej modlitwy, spowiedzi, rozmowy o Bogu, nie byłoby tego czasu spędzonego razem, a były to przecież dni i noce spędzone przy jego łóżku w domu i hospicjum. To się stało dzięki jego chorobie i śmierci. Oczywiście, były próby, wielkie cierpienie i kryzys, ale za to jestem Bogu wdzięczna – mówi pani Maria. Kolejny trudny moment to ten, gdy Karol raptownie, z dnia na dzień, stracił władzę w nogach. Ale miał jeszcze nadzieję, bo gdy przychodził rehabilitant, chętnie ćwiczył i czekał na każdą oznakę poprawy, która, niestety, nie przychodziła. Czekał też na ludzi. Pisał e-maile i dzwonił do znajomych, cieszył się ze spotkań, bo był towarzyski i bardzo pogodny. – Stał się też bardzo wrażliwy i przenikliwy na przeżywanie spotkań, jakby to miały być ostatnie takie rozmowy, gesty, słowa. Zapamiętałam urodziny wnuczki i jego szczególne, pełne zaangażowania i przejęcia słowa troski o swoich najbliższych. Czekał na swoje 40. urodziny. To miała być dopełniona miara jego lat… – dodaje M. Bartołd.

    Zdał swój egzamin

    – Byłam chyba jedną z najszczęśliwszych matek, bo modliłam się z umierającym synem, który zaufał Panu. W wielkim cierpieniu, gdy już nie pomagały leki, chciał, żeby wciąż ktoś przy nim był. Nigdy nie zapomnę jego: „Mama, mama! Bliżej, bliżej!”. Choroba potwierdziła wielką więź między nami. Kiedyś powiedział nam, że chciałby się do nas przytulić, ale jak wynikło z kontekstu rozmowy, chodziło mu również o miejsce, gdzie chciałby być pochowany. On zdał już ten egzamin, my ciągle go zdajemy. On pokazał mi, że śmierci nie należy się bać – zapewnia pani Maria. – Gdy zaczynała się agonia, trzymałam gromnicę w jego ręku i modliłam się. Myślałam, że to wszystko jakoś wytrzymam. Dopóki oddychał, cieszyłam się, że jest. Cieszyłam się każdą jego chwilą. Ale gdy przyszedł moment śmierci, to wtedy to wszystko, co ludzkie, we mnie pękło. Nie mogłam zrozumieć, że go już nie zobaczę i już z nim nie porozmawiam. Był krzyk i płacz. To trwało około dwóch godzin. Czuwałam w sali hospicjum przy jego ciele. Pokój przyszedł w czasie Koronki do Bożego Miłosierdzia. Wtedy się wyciszyłam, bo dotarło do mnie, że on już nie cierpi. A potem zrobiłam krzyżyk na jego czole i pożegnałam go – wspomina pani Maria.

    Żyjcie normalnie

    Jeszcze jeden trudny moment: w czasie pogrzebu, przy złożeniu do grobu. – Było mi bardzo ciężko, ale uratowała mnie wiara i pokora, bo wierzę, że życie się nie kończy! Trzymają mnie sakramenty, odprawiona w intencji Karola nowenna dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Patrzę oczami wiary, rozmawiam z nim. Mam wiele małych, ale pewnych dowodów na to, jak on przy nas jest i powtarza mi słowa swojego testamentu: „Do zobaczenia w niebie, w lepszym życiu” – dodaje pani Maria. Na Wielkanoc w domu państwa Bartołdów w Ciechanowie wszystko będzie przygotowane tak, jak zwykle: będzie rodzinnie, odświętnie, choć trudniej, bo już bez syna. Będzie spotkanie przy stole i na cmentarzu przy grobie Karola. – On chciał, abyśmy żyli normalnie, jak gdyby on był. Ożyją wspomnienia, ale już to wiem, że nie wolno ciągle wracać do wspomnień i tylko nimi żyć. Czas złagodzi rany, ale ich nie zagoi. Ból się zmienia, bo wierzymy w zmartwychwstanie – mówi z przekonaniem pani Maria.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół