• facebook
  • rss
  • Najpierw widzisz światło

    Agnieszka Małecka

    |

    Gość Płocki 15/2017

    dodane 13.04.2017 00:00

    Najchętniej cofnęliby się do czasów Cezanne’a i Moneta, bo impresjonizm kochają najbardziej. Nawet droga krzyżowa, która powstała w ich pracowni do kaplicy szpitalnej, kipi kolorami.

    Przy Młynarskiej 8 w Słupnie budzi się wiosna. Stary młyn z początku XX wieku, zaadaptowany na dom mieszkalny i pracownię artystyczną, lekko skrzypi, jakby zdradzał tajemnice tego miejsca. Właściciele od lat wypełniają go starymi meblami „z duszą”, przywracając im utracone piękno. Na najwyższej kondygnacji Dorota i Eugeniusz Szelągowscy urządzili małą prywatną galerię, wypełnioną po brzegi obrazami, w których dominują pejzaże. Gdy za oknem panuje jesienno-zimowy spleen, poddasze słupnowskiego młyna przenosi patrzącego w świat zdecydowanie piękniejszy. – Czasami sobie zimą tu wchodzimy i „ogrzewamy się” tym słońcem i kolorami – śmieje się Dorota Goleniewska-Szelągowska. Pojęcie „terapia sztuką” nabiera tu głębszego sensu.

    Odnaleziona kategoria

    Volterra, Wenecja, Gargano, Sauvigny, Słupno, Murzynowo, Koszarawa... – wszędzie znajdują inspirujące widoki; wycinek pejzażu, ciekawą architekturę, najczęściej poddaną już jakiemuś procesowi rozkładu. – Drażnią nas współczesne koszmarki budowlane. Natomiast piękna architektura, stara, ale przemyślana, opuszczona, w destrukcji, ale z pilastrami, wykończeniami i ornamentami, budzi w nas zachwyt – mówi Eugeniusz Szelągowski. W pejzażach obojga artystów właśnie te budowle są znakami obecności człowieka, którego na płótnach nie widać. Kryją tajemnicę. – Interesują nas miejsca, w których ludzie coś po sobie zostawili – mówią. Ich obrazy utrwalają to, czego za jakiś czas nie będzie; są malarskim peanem na cześć ulotnego piękna. Piękna, które jest kategorią już często nieobecną w sztuce współczesnej. Czy przyroda może przez wiele lat niezmiennie inspirować? Co nowego może zobaczyć artysta w kolejnym drzewie, jakimś zagajniku, rzece, łące? Claude Monet przed ponad stu laty malował staw z nenufarami o różnych porach dniach i w różnym oświetleniu, odkrywając za każdym razem jakąś nowość. Może to jest odpowiedź. – Nie ma powtarzalnych rzeczy. Ktoś powie: „Malujesz dynię. A przecież tylu tę dynie malowało”. Jednak nigdy nikt nie postawił tej plamy koloru obok tamtej plamy koloru. I to jest wyłącznie moje, mimo że temat jest powtarzalny – mówi Dorota Goleniewska-Szelągowska. – Oko jest tak wrażliwe, że widzi światło, atmosferę, cienie, niuanse. Do tego dochodzą szmery, dźwięki... one są też bardzo ważne – dodaje Eugeniusz Szelągowski, który często w plenerze maluje szybko, wrażeniowo, by uchwycić „ten właściwy moment”. W pracowni przy Młynarskiej 8 powstają też od kilkunastu lat witraże, które można zobaczyć w kościołach w Nowym Mieście, Mławie, Łęgu; są też w kościele parafialnym w Słupnie i w kaplicy domu księży emerytów w Płocku. Szelągowscy tworzą je sami, od początku do końca. Skomplikowany proces, wymagający spokoju i precyzji, składa się z rozrysowania projektu w skali 1:1, malowania i łączenia szkieł za pomocą profilu ołowianego. Każda kolejna warstwa malunku musi być wypalona i po tym już nie można nic zmienić. Na końcu trzeba kilkumetrowe witraże zamontować na wysokości. Taka praca jest ogromnie stresująca. – Gdy pracowaliśmy nad witrażem ks. Popiełuszki, Eugeniusz nie spał całą noc, bo myślał, że zrobił za ciemną szatę i tyle pracy poszło na marne. Później okazało się, że była najlepsza. Dopiero w oknie wyszły ładne kontrasty – opowiada pani Dorota. Tak to witraż „odwdzięcza” się swoim autorom.

    Bez udawania

    Malarstwo wymaga jednak mniej wysiłku i jest dużo przyjemniejszym procesem. Szelągowscy malują przyrodę, bo tak czują. Artysta nie może tworzyć wbrew sobie, a przynajmniej nie może tego robić za długo. Ten żywioł natury i koloru znalazł swoje odbicie także w drodze krzyżowej, wykonanej kilka lat temu dla kaplicy szpitala wojewódzkiego w Płocku. To przede wszystkim dzieło pani Doroty, która odeszła w nim od tradycyjnych, ciemnych tonacji, w jakich malowano rozmaite Via Crucis. – Przemycenie w tych obrazach mojej palety kolorów było dla mnie ważne, bo to jednak moja droga krzyżowa, poprzez nią wyrażam siebie – mówi artystka. Ta malarska katecheza budzi potrzebną w szpitalu nadzieję i takie było założenie tego przedsięwzięcia. Zakończeniem całego cyklu pasyjnego jest stacja XV w ołtarzu kaplicy. Tworzy ją tryptyk z Chrystusem na centralnym płótnie. Wspaniała postać Zbawiciela, unosząca się w chmurach z dłońmi wyciągniętymi w stronę człowieka, wyraźnie była wzorowana na przedstawieniu Jezusa Miłosiernego. – Największe wrażenie robi na mnie wersja pędzla Eugeniusza Kazimirowskiego i to właśnie twarz z tamtego obrazu była dla mnie wzorem – mówi pani Dorota. Może dlatego, że była pierwsza, najmniej „wymuskana”, a przecież piękna. – Pierwsze przedstawienia są najbardziej trafione. Kolejne wersje robią się już bardziej wygładzone – tłumaczy Eugeniusz Szelągowski. On sam namalował trzymetrowy wizerunek „Jezu, ufam Tobie” do jednego z kościołów w Bielsku Podlaskim. Twarzy Chrystusa nadał wyraziste rysy, jak sam mówi, „Izraelity z krwi i kości”. – Eugeniusz namalował tak, że kiedy się spojrzy, najpierw widzi się to światło, tuż przy sercu, tak – mówi malarka.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół