• facebook
  • rss
  • Byłam w szkole księdza Sopoćki

    ks. Włodzimierz Piętka

    |

    Gość Płocki 08/2017

    dodane 23.02.2017 00:00

    Spotkać błogosławionego i pracować wśród muzułmanów, być siostrą w Białymstoku, Libii i Ratowie – taki scenariusz życia mógł wymyślić tylko Pan Jezus.

    Siostra Maria Teresa Sikorska mieszka we wspólnocie sióstr Misjonarek Świętej Rodziny w Mławie. Z nami dzieli się świadectwem swojego powołania i niepowtarzalnej historii życia.

    Serdeczne zawstydzenie

    Pochodzi z Brzezin k. Łodzi. Jak sama wyznaje, dopiero w maturalnej klasie zaczęła chodzić na religię. – Pochodziłam z proletariackiej rodziny, w której chodziło się do kościoła kilka razy w roku. Zamiast religii wybierałam zajęcia sportowe. Dopiero kolega z równoległej klasy, który myślał o seminarium, zagadnął mnie kiedyś: „Jak to możliwe, że nie chodzisz na religię?”.

    A gdy wymawiałam się sportem, powiedział mi: „Ale z Panem Bogiem nie wygrasz”. To było dla mnie takie „serdeczne zawstydzenie” – opowiada siostra. Kilka lat później znalazła się w szpitalu, gdzie pielęgniarkami były siostry Świętej Rodziny z Bordeaux. – Bardzo spodobał mi się rytm dnia tych sióstr: modlitwa, praca, modlitwa... Ja jednak bardziej myślałam o studiach farmaceutycznych, pociągał mnie sport. Szybko jednak okazało się, że muszę zrezygnować z mojej pasji. Po wyjściu ze szpitala zaczęłam codziennie chodzić na Mszę św., już o godz. 6 rano. I tam właśnie spotkałam nasze siostry – misjonarki Świętej Rodziny – opowiada. W 1967 r. rozpoczęła się jej zakonna przygoda.

    Aby życie nie było puste...

    Siostra Maria na początku tej drogi spotkała ks. Michała Sopoćkę. Było to w ostatnich latach jego życia (1972–1974), przyszły błogosławiony zmarł bowiem 15 lutego 1975 roku. Siostra pracowała wtedy w Białymstoku, przy ul. Poleskiej. – Miałam 30 godzin katechezy, zajmowałam się kaplicą i opiekowałam się chorym ks. Sopoćką – wspomina s. Teresa. – Był moim spowiednikiem, wymagającym dla siebie i innych. Miał ściśle nakreślony program dnia. Zawsze przed Mszą św. długo się modlił, śpiewał godzinki i odmawiał brewiarz. Po obiedzie zawsze widziałam go w kaplicy na Drodze Krzyżowej. Gdy go poznałam, chorował już na chorobę Parkinsona, nie mógł przyklękać, ale przy każdej stacji Drogi Krzyżowej całował krzyż, który miał na szyi. To nabożeństwo odprawiał przez dobrą godzinę. Całe dnie opracowywał dzieło poświęcone Bożemu Miłosierdziu. Był to czas, gdy obowiązywała notyfikacja Stolicy Świętej zakazująca rozpowszechniania kultu Bożego Miłosierdzia, więc on – posłusznie – niczego nie rozpowszechniał. Pisał do szuflady. Siostra mówi, że z pokoju ks. Sopoćki cały czas słychać było dźwięki maszyny do pisania. Kiedyś również sama siostra była poproszona o pomoc w pisaniu jego tekstów. – Mówił mi: „Nie mam czasu, bo muszę dokończyć dzieła nakazane mi z góry” – wspomina s. Maria. Wtedy też opracowywał konstytucję dla mającego powstać Zgromadzenia Jezusa Miłosiernego. Kiedyś nawet zapytał siostrę, czy nie chciałaby przenieść się do tej nowej wspólnoty. Wtedy odpowiedziała: – Ja mogę się mylić, ale chyba Pan Jezus się nie pomylił, skoro wybrał mnie do tego zgromadzenia, w którym jestem – wspomina s. Maria. – Ale, co najważniejsze, z moich spotkań z ks. Sopoćką zapamiętałam sobie słowa pewnej jego przestrogi. Powtarzał często: „Życie może być puste, zwłaszcza życie osób powołanych przez Boga, jeśli jest bez krzyża, jeśli jest bez ofiary. Nie chodzi o to, aby szukać krzyża, ale o to, aby go zaakceptować”.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół