• facebook
  • rss
  • Szewska pasja

    Agnieszka Otłowska

    |

    Gość Płocki 48/2016

    dodane 24.11.2016 00:00

    Zegarmistrz, szewc, cholewkarz, czyli małe lokalne usługi. Jest ich już coraz mniej...

    Kiedyś zakład szewski czy zegarmistrzowski był na prawie każdej ulicy. Ich szyldy można było zobaczyć na bramach i ścianach starych kamienic. Dziś jest ich jak na lekarstwo. Wszystko dlatego, że następców coraz mniej. Dawniej umiejętności te dziedziczyło się z pokolenia na pokolenie: np. u Kowalskiego naprawiało się buty, a u Nowaka – zegarki. Dziś brakuje mistrzów i uczniów, a prawdziwi specjaliści są na wagę złota.

    Nauki na Bonifraterskiej

    Odwiedzamy na pułtuskim rynku ostatniego z cholewkarzy w tym mieście. Akurat przeszywa zamek w torbie podróżnej. – Teraz wystarczy przejechać na maszynie, aby szwy dobrze trzymały – mówi Tadeusz Smogorzewski. Od 1961 r. jest cholewkarzem i do dziś wykonuje swój zawód. – Przed wojną mój ojciec robił oficerki dla 13 Pułku Piechoty w Pułtusku. Gdy nastała wojna, cholewki do butów wykonywali Żydzi. Nawet w Warszawie było zaledwie czterech cholewkarzy Polaków, reszta była żydowskiego pochodzenia. I właśnie w czasie okupacji zacząłem się uczyć tego zawodu.

    Mój brat zabrał mnie w 1942 r. do najlepszego cholewkarza w stolicy – wspomina pan Tadeusz. Tam zaczęła się jego przygoda. To właśnie na Bonifraterskiej uczył się zawodu. – Pamiętam, jak na początku miałem za zadanie pomagać żonie majstra: przynosić wodę i sprzątać. I to ona po tygodniu decydowała, czy można przyjąć kandydata na naukę. Pamiętam, że pytała mnie nawet, czy umiem pacierz. A ponieważ jej opinia była pozytywna, zostałem przyjęty przez jej męża. Chętnie się za to zabrałem i przykładałem się do nauki – dodaje. Tam pan Tadeusz nauczył się szycia cholewek. Po dwóch latach został czeladnikiem. Z każdym krokiem nabierał doświadczenia. – Potem dostałem papiery mistrzowskie, zdając egzamin przed specjalną komisją rzemieślniczą. Później na ul. Złotej, w szkole zawodowej uczyłem się krojenia skóry i garbowania. Niestety, nie zostałem tam długo. Po wypadku brata wróciliśmy do Pułtuska, żeby pracować tutaj razem. Zaraz po okupacji założyliśmy zakład cholewkarski na ul. 3 Maja – opowiada pan Smogorzewski. – W 1956 r. bardzo wzrosły podatki i musieliśmy zamknąć nasz zakład. W tym czasie upadło zresztą wiele zakładów rzemieślniczych. Po zamknięciu zakładu pan Tadeusz dostał pracę w spółdzielni. – Pracowałem tam przez ponad 30 lat. Byłem mistrzem cholewkarstwa – opowiada. Jednak aby wciąż świadczyć usługi, musiał zdać kolejny egzamin. Potem mógł przyjmować uczniów i kształcić ich w tym zawodzie.

    Pierwsze buty dla żony

    Wciąż pracował wspólnie z bratem. – Sami robiliśmy formę, szyliśmy z szablonów. Wykonywaliśmy cholewki, a szewcy z nich dalej tworzyli buty. Najwięcej kroiliśmy oficerek, zarówno męskich, jak i damskich. W tamtym czasie były one bardzo modne. Pierwsze buty uszyłem dla żony. Przypominały one dzisiejsze botki dla kobiet. Pojechałem wtedy specjalnie do Warszawy na ul. Chmielną do słynnego pana Leona. Kiedy spojrzał na te cholewki, od razu zapytał mnie, gdzie się tego nauczyłem. Kiedy mu wszystko opowiedziałem, był zachwycony. Tak nawiązałem z nim współpracę. Przez pół roku dostawaliśmy od niego zamówienia – wspomina T. Smogorzewski. – Ale wciąż było za mało cholewkarzy, a zapotrzebowanie było ogromne. Po wojnie nie było fabryk. W większych miastach wykonywano zamówienia na eksport. A my każdą cholewkę robiliśmy na miarę. Każda kobieta miała inną łydkę: jedna wąską, druga tęgą – dodaje. A dziś... po zawodzie cholewkarskim zostało jedynie wszywanie zamków do kurtek, plecaków, kozaków. – Są to drobne robótki. Czasem trzeba skrócić cholewkę, przeszyć zamek, ale szycie cholewek odeszło w las – mówi z nostalgią Tadeusz Smogorzewski.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół